Bariera językowa – c.d.

Autor: Ania
10.04.2014
Jump

Wczoraj pisałam o tym, jak możesz się przygotować do mówienia po angielsku jeśli dotąd odczuwałeś barierę językową. To była strategia małych kroków. Dziś o sytuacji, w której musisz „skoczyć na główkę” czyli rozmawiać „tu i teraz”, bez przygotowania.

Zazwyczaj dzieje się tak kiedy spotykasz znienacka turystę na ulicy, znajomego zza granicy u kogoś w domu albo do pracy wpada grupa pracowników z zagranicznej filii twojej firmy. Nagle jesteś zmuszony do używania języka.

Co może ci pomóc w przełamaniu bariery „na szybko”?

„Ja przełamałam się ze swoim słabym rosyjskim jak dostałam biegunki w Bułgarii i musiałam pójść do apteki:)”

/Z forum słowka.pl/

1. Przygotuj sobie wstęp, który pozwoli Ci przełamać pierwsze lody. Wykuj go na blachę i, uwaga, zrób to jak najszybciej, wszakże może Ci się przydać już jutro, nigdy nie wiadomo. ;) Takim wstępem może być zdanie: „I’m afraid I’m not really fluent in English” albo „I’m sorry, I don’t speak English very well”. Albo coś w stylu „Speaking English has always been a bit of a challenge for me”. Lub cokolwiek innego, im bardziej na luzie tym lepiej. Pokaż wcześniej przygotowane zdanie komuś kto zna dobrze angielski, niech sprawdzi poprawność twojego „wstępu”. W pierwszym zdaniu niech nie będzie błędów.
Co Ci da taki „wstęp”? Postawi Cię w pozytywnym świetle już na początku rozmowy (chyba że jest to rozmowa kwalifikacyjna, a w CV wpisałeś sobie poziom C2!). To jak przyznanie się do stresu na początku wystąpienia publicznego; mówcę to ośmiela a u odbiorcy wywołuje sympatię („jest taki jak ja, ja też się w takich sytuacjach stresuję”). Może się okazać, że Twój rozmówca też jest z angielskim trochę na bakier i atmosfera od razu się rozluźni.

2. Podejdź do tego z humorem. Albo przynajmniej z dystansem. Pomyśl: to, co dla Ciebie najważniejsze, to skomunikowanie się, przekazanie rozmówcy jakiejś myśli. Błyszczenie ciętą ripostą czy dowcipem nie jest najważniejsze kiedy chcesz po prostu się dogadać. Płynność i superpoprawność też niech będę na drugim miejscu. Nie jesteś przecież „nativem” i co ważniejsze, nikt od Ciebie nie oczekuje, że będziesz mówił jak „native”!
Boisz się ośmieszenia? Ale w zasadzie, dlaczego? Jeśli ktoś jest na tyle niekuturalny, że zwraca uwagę na Twoje błędy, jest po prostu… chamem! A że sobie pomyśli? Niech myśli. Przecież tak samo może pomyśleć o Twoim swetrze, nienajnowszym telefonie czy wyprysku na nosie. Przede wszystkim, nie zakładaj, że ktoś ma złe intencje. Nie zatruwaj sobie życia. :)

3. Następna rzecz: strach przed ośmieszeniem jest tylko w Twojej głowie! Uwierz mi, chyba każdy docenia, kiedy ktoś inny próbuje się z nim dogadać w jego języku! To, że Ty podejmujesz taki wysiłek, świadczy o Tobie jak najlepiej i na pewno wywołuje sympatię u „native speakera”.
Świetnie podsumowuje to Marek Szurawski w swojej książce „Pamięć. Trening interaktywny.” Pozwolę sobie przytoczyć fragment tego co pisze.

„Zmianę podejścia może ułatwić eksperyment myślowy, zwany metodą „wejścia w cudze buty”. Powiedzmy, że masz w domu gościa z Indonezji, niech mu będzie Abdul na imię. Pierwszego dnia Abdul mówi do ciebie: „Mardzin, tera, śnidanie, jajczenica, gleb, tak, tak, kafa!”.
Oczywiście roześmiejesz się, ale przecież nie powiesz; „Zjeżdżaj stąd, ruda małpo. Jak nie umiesz po polsku, to się nie odzywaj, matole.” Nie poczujesz się ani obrażony, ani dotknięty, ani też nie chcesz, aby twój gość czuł się podobnie.”

Samo sedno, czyż nie?

Byłam parę lat temu jako lektorka na obozie językowym pod Londynem. Mieliśmy zajęcia dzielone ze „zmiennnikami” (zajęcia były od 9.00 do 18.00). Moim był wyluzowany londyńczyk Andy, który momentami bełkotał tak, ze musiałam prosić go o powtórzenie. Na początku było mi głupio, ale potem zauważyłam, że Andy nigdy się ze mnie nie śmiał (a przecież ja pojechałam tam uczyć, jako bądź co bądź „specjalistka” od angielskiego!). Był bardzo sympatyczny i zadziwiająco wyrozumiały.
Pewnego razu poszliśmy razem z Andy’m i uczniami (mieliśmy jakieś godziny wspólne) na wycieczkę do pobliskiego rezerwatu. Ja co chwilę pytałam Andego o to, jak się nazywają jakieś trawy i inne roślinki, które mijaliśmy. Zaznaczę, że nie oczekiwałam nazw gatunkowych, chciałam, żeby mi powiedział, jak jest np. „tatarak”. I cóż? Mój Andy na wszystko mówił „weed”. Tak właśnie wyglądało zderzenie mojego słownictwa ze słownictwem rodowitego Anglika. Wyleczyło mnie to na dłuższy czas z kompleksów. ;)

4. Porada czwarta i ostatnia. Właściwie myśl mojego ulubionego profesora ze studiów. „Mówić po angielsku jest łatwo. Mówić po angielsku d o b r z e jest bardzo trudno”. Miej to w głowie kiedy wymagasz od siebie za dużo. Ucz się, słuchaj, mów, nagrywaj, rozmawiaj – absolutnie nie namawiam Cię, żebyś porozumiewał się „kali mieć”. Ale bądź też wyrozumiały dla siebie i czasem odpuść. Samo życie czasem potrafi nam pomóc…

„Musiałem kiedyś, świeżo po przyjeździe do znajomych w Dublinie, udać się sam do sklepu. Okazało się, że sklep był „z okienkiem”, klienci byli obsługiwani przez sprzedawcę, który podawał towar.
Kiedy nadeszła moja kolej, poprosiłem:
- Five beers „XXXX” in can, please.
Gość bez słowa przynosi, ja zadowolony z siebie. W tym momencie zadał mi pytanie. Ale tak szybko, że nie zrozumiałem ani jednego słowa, jeden wielki bełkot. Zdziwiony więc pytam:
- What???
No to on drugi raz to samo, w taki sam sposób.
Ja zrezygnowany:
- eeeee….
W tym momencie on:
- Are you Polish?
Zrezygnowany przytakuję:
- Yes…
I w tym momencie słyszę:
- Chcesz jakąś siatkę?
- Nieee, dzięki, mam swoją.
- OK, dziewięć pięćdziesiąt.”

 

(Z forum slowka.pl)

Piękne, prawda?

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z mówieniem po angielsku i z barierą językową. Może znacie jakieś śmieszne historie związane z tym tematem? Jakie macie patenty na odblokowanie? Czekam na odzew. :)

Skomentuj

Current ye@r *