Chyba daję radę.

Autor: Ania
10.08.2014
learning

Obiecałam ostatnio, że dam znać po tygodniu jak z moją nauką. A zatem: jest nieźle, póki co. To pierwszy tydzień uczenia się (od przerwy jaką raczyłam sobie zrobić jakoś tak wiosną), nie miałam więc jeszcze okazji się znudzić, zniechęcić czy rzucić w pieruny to wszystko. Poza tym, mobilizuje mnie to, że tu zaglądacie i że też się uczycie. W końcu, jak wiadomo, wakacje są od tego, żeby poślęczeć nad książkami. Do tego można zacząć naukę fizyki kwantowej i dobra zabawa na sierpień gwarantowana. Jak komuś za mało polecam lekturę dowolnego słownika do poduszki. Życie jest piękne!
Wracając do mojego angielskiego (dla tych z was, którzy nie lubią dużo czytać) jednym zdaniem: jest w miarę fajnie.
A teraz wersja dłuższa (dla kochających literaturę barokową):
W miarę…
No dobrze, nie jest całkiem różowo. Obiecałam, że będę prawdomówna jak harcerka, więc proszę, oto co mi dotąd poszło nie tak jak powinno.

1. Nie wysłuchałam a n i j e d n e g o podcastu.
Żal. Od razu mam ochotę się tłumaczyć, że nie mam kiedy, że kiedy jedno młode śpi to drugie coś chce teraz-nał, że zupa mi kipi, że lustro upalcowane, że muszę poczytać kryminał, zrobić kawę… Ale, moi mili, to nieprawda. Nie chciało mi się. A nie chciało mi się dlatego, że nie miałam dobrego pomysłu na to, czego i jak będę słuchać. Nie zaplanowałam konkretnie na co się nastawię, jakie teksty wybiorę, ile czasu na nie poświęcę, jak będę z nimi pracować. Miałam w głowie mglistą wizję „będę słuchać” ale z tej mgły nic się nie wyłoniło. Zabrakło, jak już wspomniałam, konkretu, a bez niego pracować nie umiem.
Postanowienie: jeden dzień w miesiącu poświęcam na wybranie „listeningów” na dany miesiąc. Wybieram konkretne teksty, patrzę ile będę potrzebowała czasu na ich wysłuchanie i wynotowanie ciekawych rzeczy z nich, dodaję linki do ulubionych a potem… działam. Żeby się zmotywować na początek wybiorę tylko to, co mnie naprawdę ciekawi. Dam znać co znalazłam.

2. Dwa razy pozwoliłam sobie na odkładactwo: „ dzisiaj nie zrobię słówek, za to jutro zrobię dwa razy tyle”. Owszem, obietnicy sobie dotrzymałam, zaległości nadrobiłam, ale wiecie, nie tędy droga. Już tak kiedyś robiłam (głównie na studiach) i wiem do czego to prowadzi. W końcu ląduję w piątek z zaległościami od poniedziałku i jest słabo. No bo nie jest fajnie siadać do nauki wiedząc, że ma się pięć razy więcej nauki niż by normalnie wypadało.

Postanowienie: Nie będę odkładać, po prostu. Na te marne 10 słówek/wyrażeń dziennie z a w s z e można znaleźć kwadrans. W moim przypadku jeśli nie podczas drzemki dziecka to po południu, gdy ojciec zabawia trzódkę. Poza tym postanowiłam, że będę się starała uczyć w dzień, bo zostawienie sobie nauki na wieczór (czyli 22.00-22.30) sprzyja odkładaniu. Wieczorem jestem zmęczona i najbardziej rozkosznym świata wyrazem staje się dla mnie „jutro”.

…fajnie.

1. Cieszę się ogromnie z tego, że się uczę. Lubię „gmeranie w książce” i przypominanie sobie tego, co kiedyś umiałam. Lubię wypisywać też zupełnie nowe słówka, wymyślać do nich skojarzenia i wyobrażać sobie sytuacje, w których bym użyła nowych wyrazów. Po prostu lubię się tego uczyć. Angielski to nadal dla mnie przyjemność.

2. Mam satysfakcję! Po prostu, robienie tego, co sobie zaplanowałam podkarmia mój perfekcjonizm i ambicję. Lubię sobie popatrzeć na to, ile stron z książki „przerobiłam”. Cóż tu więcej tłumaczyć, nauczenie się czegoś tak jak się zaplanowało chyba powoduje wydzielanie się u mnie endorfin. To na razie zamiast biegania, basenu czy siłowni.

3. Ostatnio nie dałam się zirytować szwagrowi, który jak zawsze przy okazji naszego spotkania zapytał, czy się uczę słówek („Uczysz się czy zgnuśniałaś? No właśnie, jak jest ‚gnuśny’ po angielsku? A krawężnik? A niziny?”) Tym razem mogłam z czystym sumieniem powiedzieć, że się uczę. I nie pozostałam mu dłużna w przepytywaniu. Taka tam zabawa dorosłych ludzi jak się spotkają raz w miesiącu.

Jak widzicie, ze wszystkiego się wyspowiadałam. Ten wpis tworzyłam za trzema podejściami. Kończę go o godzinie 00:02. Dlatego będzie bez błyskotliwej puenty. Po prostu, odezwijcie się czego ciekawego (albo i nie) ostatnio się uczyliście i jak to robiliście.
Ja dam znać jak mi dalej idzie za jakieś dwa tygodnie. A poza tym wpadnę i coś na pewno zostawię na blogu w przyszłym tygodniu, żeby do reszty nie zgnuśnieć.

Pytanie na deser: to jak jest ten „gnuśny”? Tylko bez słownika proszę! ;)

5 Responses to “Chyba daję radę.”

  • Teresa

    Nie wiem jak jest gnuśny (tu zaczerwieniłam sie ślicznie), nie uczę się (mimo opłaconego abonamentu na etutorze), więcej grzechów nie pamiętam. Postanowiłam jednak wzbogacić mój warsztat pracy o jakieś nowe metody i w związku z tym narzucam sobie codzienny 45 minutowy obowiązek przeglądanie ciekawych, nauczycielskich blogów (oczywiście zaczynam od Pani) i wynotowywanie pomysłów, które mogę wykorzystać na lekcji. Dopiero potem mogę sobie pozwolić na rozpustę, czyli np facebook :) . Podziwiam Panią za determinację i życzę duuużo wolnych chwil przed 22 :).

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      Iii tam, ja tez do wczoraj nie wiedziałam, jak jest „gnuśny”. Przeglądanie blogów, ech, błogość! Obiecuję, że już wkrótce pojawi się u mnie wpis „nauczycielski”. Jak zwykle dziękuję za miłe słowa. Chwile przed 22 ostatnio trudne, dotknęła mnie plaga kolek. Po 22 zresztą też bywa różnie. Ale blog i nauka są odskocznią, dzięki której nie głupieję.

      Odpowiedz
  • Rubella

    Podziwiam Cię Aniu, że ogarniasz dwójkę i jeszcze masz czas na naukę… Ja mam tylko jedno dziecko, a szału idzie dostać. Teraz ma 2,5 roku, ale gdy miał miesiąc tak jak Twój, to nie miałam czasu na umycie zębów, a co dopiero self-development… Do świata żywych wróciłam po 10 miesiącach.
    Ja pilnie robię Wordbuildera, a z ‚On the road’ idzie mi raczej niemrawo :/ Ale powoli do przodu (bardzo powoli).
    Pozdrowienia!

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      Oooch, ogarniam, ale ledwo, ledwo… Jak już pisałam, robię to, żeby się totalnie nie zamienić w „matronę”. U mnie Wordbuilder też czeka na odświeżenie, napsuł mi nerwów na studiach ;) A co do dzieci, to pierwsze to niewiadoma i zamotanie (też myłam zęby o 13.00) a dwójka to oswojone lęki ale za to wyzwanie logistyczne. Szczerze podziwiam rodziców bliźniąt!
      Ja też pozdrawiam!

      Odpowiedz
  • Kasia

    Pozdrawiam Aniu, jestem ,fanką Pani bloga – bardzo motywujące są Pani wpisy , też zaczęłam wzbogacać swój warsztat językowy,przyznaję i muszę powiedzieć,że dzięki Pani wypowiedzi ,przyznaję szczerze,że bardzo mi potrzeba popracować nad słownictwem ,wiele słów mi gdzieś ‚uciekło ‚…..

    Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *