Czyściutki zeszycik

Autor: Ania
21.02.2014
clean-it-up-1_l

Nie lubię map. O ile od zawsze intuicyjnie stosowałam techniki pamięciowe i moja wyobraźnia tarzała się wręcz w dziwacznych skojarzeniach, szalała i wyrywała się ze wszystkich schematów, o tyle map myśli nie stosowałam. I chyba nie zastosuję. Chyba że ktoś mnie do nich przekona. Znam zasady, wiem co i jak, rozumiem, że mogą być lepsze niż notatki jedno pod drugim, ale… no nie mogę! Ile razy się za nie zabierałam, wychodziło mi, że przypominałam sobie i tak nie z map ale z mojego zeszytu.
No właśnie, mój zeszyt… Jest zaprzeczeniem kreatywnego notowania. W głowie mam kłębowisko cudów i dziwów, krainę czarów i co tam tylko, za to zeszycik mam… no nudziarski. Mam po prostu wykaligrafowane jedno pod drugim słówko, co któreś tylko pokolorowane na czerwono. Kiedyś używałam więcej kolorów, ale efekt tego był taki, że w krótkim czasie dostałam oczopląsu, nerwa, iryta i odpuściłam sobie. Teraz kolory mam maksymalnie trzy, z czego dwa oszczędnie stosowane. Jednym zaznaczam zupełnie nowe rzeczy (angielskie), drugim robię dopiski – jakieś nietypowe użycia słowa, które znam, idiomy, przysłowia, czasem – jakieś synonimy (wypisane w kolumnie, hihi).
W momencie głębokiej autorefleksji (piękne określenie, jak żywcem wzięte z dokumentów awansowych) doszłam do wniosku, że moja awersja do map myśli, kolorowych notatek, rysunków i innych bajerów wynika z jednej rzeczy. W głowie mam bałagan (twórczy, twórczy), to „na zewnętrzu” muszę mieć porządek. To trochę jak z powierzchownością – przynajmniej raz w tygodniu słyszę „co ty jesteś taka smutna?”. Kiedy ja jestem pogodna, tylko że, wybaczcie, w środku. Wszystko wolę „w środku” po prostu. Uczyć się najwyraźniej też.
Ci, którzy autorefleksji nie przeprowadzali, nie muszą. Pewnie nie mają do tego cierpliwości albo nie widzą potrzeby wnikania w swoje „uczące się ja”. Za to mnie zastanawianie się nad tym jak się uczę dało okazję do „pogrzebania” w bardzo rozległym zagadnieniu, jakim jest indywidualny styl nauki. Po zagłębieniu się w temat, skądinąd wcześniej przeze mnie „dotykany” (a to projekt, a to warsztaty), uświadomiłam sobie, że ja, jako „jaśnie oświecona” nauczycielka wiem, że jedni uczą się bardziej ruchowo, inni wzrokowo; że jedni uwielbiają „problem solution” a innych nie interesuje takie „nudy” bo muszą po prostu działać. Ale czy uczniowie o tym wiedzą? Mam tu na myśli niekoniecznie gimnazjalistów czy innych „szkolnych obywateli” ale uczniów-dorosłych, goniących wciąż swój sen o perfekcyjnym angielskim. Albo chociaż poprawnym.
Idąc na odsiecz tym wszystkim umęczonym, chcę przybliżyć w kolejnych wpisach, co się składa na „style uczenia się”. A nóż komuś z nich, o pardąsik, z nas, pomoże to w uświadomieniu sobie co szło z tym angielskim nie tak. Może po prostu kolorów w zeszycie było za dużo? A może mapy zamiast uczyć po prostu rozpraszały?
Jak mnie. Bo nie lubię ich i już.

2 Responses to “Czyściutki zeszycik”

  • Ania

    Też nie mogę się jakoś przekonać do map myśli. Nie działają na mnie. Wolę kolumienki i listy.

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      O, super, myślałam, że tylko ja tak mam. Widocznie moja lewa półkula została skutecznie zmusztrowana przez szkołę, heh.

      Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *