Daj się uwieść

Autor: Ania
07.05.2015
Temptation_laptop

Jak to jest z tym zakochiwaniem się? Grom z jasnego nieba czy powolne odkrywanie się nawzajem? Pytam rzecz jasna retorycznie, bo znam niejedną historię i szalonej miłości od pierwszego wejrzenia uwieńczonej małżeństwem po trzech miesiącach (kontynuowanym od trzydziestu lat do dziś!) i takiej, co to prawie się skończyła zanim się zaczęła bo chłopaczyna był „jakiś nie taki” na pierwszy rzut oka. Na drugi okazał się całkiem do rzeczy, a na trzeci wyglądał wręcz na męża.
Znowu przynudzam o uczuciach, ale robię to, przypomnę, w ramach mojego mini-cyklu.

Zakochaj się

W tym momencie przyznam wam się do czegoś. Wymyśliłam sobie, że w tym wpisie wzbudzę w was przychylne uczucia w stosunku do angielskiego, że zrobię tak, że go polubicie. I wiecie co? To jeden z najtrudniejszych wpisów. No nie mogłam go ogarnąć! To, że dopiero dziś go publikuję, nie wynika tym razem z mojego zmęczenia czy lenistwa tylko z niemożności. Kleciłam go, kleciłam, pisałam jakieś zdania, ale jedyne co mi wyszło, to zbiór „złotych myśli”, a tych, jak wiecie, „nie zniesę”. Dlatego wykasowałam sporą część i niniejszym od nowa piszę to, co, że tak powiem, czuję na ten temat (jak rasowa grafomanka, hihi). Nie wiem, czy można sprawić, żeby ktoś coś polubił bo my byśmy tak chcieli, jednak ja spróbuję, a co tam. Może chociaż moja egzaltacja was przekona, hihi.

Daj się uwieść.

 

Jeśli jesteś w tym szczęśliwym położeniu, że angielski uwielbiasz od zawsze, możesz nie czytać. Daj do poczytania koledze, który się boryka z językiem bo „musi”. Podeślij koleżance, która zdaje maturę. Mam dla nich wiadomość: w angielskim m o ż n a się zakochać. Tak, wiem, brzmi to dość dziecinnie, ale taka prawda. Ważne, żeby w to uwierzyć i dać się… uwieść.

Jak to zrobić?

Powoli, kochanie, powoli…

Jedną z podstawowych cech współczesnych ludzi jest to, że chcą wszystko już, teraz, szybko. A w nauce języka tak nie ma. Nie ma, bo się nie da. Nikt jeszcze nie opanował języka obcego w tydzień (albo ja o nim nie słyszałam), ani nie zaczął mieć świetnego akcentu po kilku dniach przebywania w UK. Dlatego, nastaw się na powolne uwodzenie, nie na grom z jasnego nieba. Na czym to polega? Na tym, że kiedy zaczniesz się uczyć systematycznie, ale tak z głową i z sercem (czyli „po twojemu”, nie po szkolnemu), po jakimś czasie zobaczysz, że zacznie ci się to podobać. Konstrukcje będą się rozjaśniały w głowie, słówka coraz częściej przypominały w odpowiednim czasie. Może nawet użyjesz bezwiednie któregoś trybu warunkowego!
Uwierz mi, wiem co mówię. Ja się uczyłam i fizyki w liceum i analizy matematycznej na studiach, obu przedmiotów szczerze nie znosiłam. Jednak w obu przypadkach pamiętam, że były takie chwile, kiedy powoli „załapywałam” jakieś zagadnienia i okazywało się, że spoko, mogę rozwiązywać zadania! Ba, w miarę jak szło mi coraz lepiej, nawet zaczęło mi się to podobać!

Nie na tacy.

Chciałbyś jak w markecie albo w telewizji? O nie, mój miły, tak nie ma w miłości. Trzeba dać coś z siebie, popracować nad związkiem. Trzeba trochę się wysilić. Powiem jak rasowa belferka: samo do głowy nie wejdzie. To ty musisz posłuchać, ponotować, powypełniać ćwiczenia. To ty musisz wymyślić skojarzenia do słówek albo popukać palcem w tablet ucząc się z fiszek. To ty musisz być uparty i wytrwały, wiesz, jak ten śpiewak pod oknem ukochanej, zdzierający sobie gardło do rana. Za to wysiłek na marne na pewno nie pójdzie. Że zapamiętasz, to jedno – banał. Ale! Zobaczysz, jaką zacznie ci to sprawiać radość!
Pamiętam moją chemię z liceum. Dzięki „sorce” w którejś klasie groziła mi z tej chemii dwójczyna. Wstyd, szczególnie, że w podstawówce (nie było gimnazjów za mojej prehistorii) startowałam w olimpiadzie z tego przedmiotu i nawet jakiś tam etap przeszłam. Postanowiłam się zawziąć. Pamiętam, że miał był sprawdzian z moli. Usiadłam, zaczęłam robić zadania. Na początku jakoś nie mogłam tych moli ogarnąć, ale powoli, powoli, zaczęło mi się rozjaśniać. Z każdym kolejnym zadaniem było mi łatwiej, w końcu trzaskałam te z dwiema gwiazdkami! Z dwói się wyciągnęłam, a i chemia jakoś przestała mi się jawić jako pasmo nieszczęść.

Ciesz się z małych postępów.

A raczej powinnam powiedzieć tak: z a u w a ż a j małe postępy. My, Polacy, z naszym genetycznym narzekactwem mamy zakodowane skupianie się na tym, co jest źle, czyli na błędach. Świadomość, że możemy popełnić błąd blokuje nas na tyle skutecznie, że boimy się odezwać. No bo jak się odezwać, skoro nie daj Panie Boże powiemy coś z błędem?! A zatem, nie skupiaj się na tym, co robisz źle, czego jeszcze nie umiesz. Pomyśl, ile już potrafisz!
Od zawsze odnotowuję na moich lekcjach plagę „nie wiem-nie umiem-zabierzcie mnie stąd”. Kiedy rzucam „How would you say it in English?” na jakieś pytanie po polsku, widzę panikę w oczach i słyszę „No nie wiem, nie umiem tego powiedzieć”. A guzik! W dziewięćdziesięciu przypadkach na sto uczniowie potrafią sformułować zdanie po angielsku (oczywiście na ich poziomie). Wystarczy tylko, że pomyślą chwilę nad każdym słowem ze zdania osobno (A wiesz jak jest…? A…?) i wtedy cud! Okazuje się, że się da. Wystarczy tylko, że sobie „przypomą”, że potrafią. Pozytywne nastawienie naprawdę odblokowuje pamięć, widzę to z doświadczenia.

Obudź w sobie ciekawość.

Ciekawość, zainteresowanie, zaangażowanie – podgrzewają każdy związek. Niech podgrzeją i twój. Jeśli do tej pory uczyłeś się nudnych rzeczy (grama, błe!) z nudnych książek, zmień to. Znajdź to, co cię zainteresuje i poczytaj/pooglądaj/porozmawiaj o tym po angielsku. Pomyśl, co lubisz. Jazdę konną? Gotowanie? Śmieszne filmiki? Wygugluj sobie strony z tym, co ci pasuje, tylko tym razem „in English”. Niewiele rozumiesz? Poczytaj na początek podpisy pod zdjęciami, fragment tekstu, wyłap jakieś słówko czy zwrot. Tyle na początek. Potem więcej. Szukaj tego, co cię ciekawi, ucz się tego, co ci sprawia przyjemność. Zacznij od tego, jest spora szansa, że nie wiadomo kiedy polubisz sam język.

Mam nadzieję, że teraz spojrzysz na angielski bardziej przychylnie i pomyślisz o nim jak o „partnerze” na dalsze życie. Może choć trochę podskoczy ci motywacja, a czas spędzany na nauce będzie ci się kojarzył z przyjemnością. W końcu po to tu ględzę i ględzę.

 

 

P.S. Wiem, wiem, obiecywałam wpisy we wtorki i piątki. Pisałam to chyba w chwili pomroczności jasnej i jakiegoś kosmicznego przypływu energii, którego źródło pojawiło się w czasoprzestrzeni na ułamki sekund i znikło w tajemniczych okolicznościach. Nie dotrzymam obietnicy, przepraszam. Pozwólcie, że będę kontynuować „Zakochaj się…” raz w tygodniu, a w międzyczasie będę wrzucać inne wpisy. Bo pomysły mam i chęci też, nie chcę ich zabić myśleniem „muszę” i pisaniem na kolanie, bo się śpieszę „na piątek”. Poza tym poza motywacyjnym pitu-pitu czas na mięcho i konkret. Ale o tym nekst tajm.

Skomentuj

Current ye@r *