Jak radzić sobie z kryzysem? Part one.

Autor: Ania
12.09.2014
crisis_communication1

Jak pisałam ostatnio, dopadł mnie kryzys w nauce. Zaplanowałam sobie, że codziennie będę się uczyć dziesięciu słówek czy zwrotów po angielsku. Tylko dziesięciu, chciałoby się rzec! No właśnie… To tak mało, że pierwszego i drugiego dnia nauki „przerobiłam” chyba ze trzy razy tyle. Przez następne dni uczyłam się sumiennie tylu słówek każdego dnia ile zaplanowałam. Jakoś tak ze dwa tygodnie temu zaczęłam sobie odpuszczać na zasadzie: „dzisiaj się nie uczę, ale jutro odrobię zaległości”. I faktycznie, odrabiałam. Zamiast dziesięciu, „robiłam” dwadzieścia. Znowu sumiennie bo „Perfekcja” to moje drugie imię. Jakoś szło. No to sobie zrobiłam nie jeden ale dwa dni przerwy. Też nadrobiłam, chociaż przestało mi się to podobać. W końcu, w zeszłym tygodniu, odpuściłam sobie całkiem. Nie zrobiłam nic. I w tym tygodniu też nie. Moje zaległości nagromadziły się tak, że gdybym chciała je nadrobić, musiałabym „przerobić” jakieś sto słówek jednego dnia. Słabo. To mnie tylko zdołowało. A co najlepsze na dół? Poużalać się nad sobą. No to się poużalałam, poobwiniałam i ogólnie doprowadziłam do gorszego samopoczucia. Co mi z tego przyszło? Nico. Chyba tylko temat na nowy wpis. Ciekawe, czy was to zdemotywuje czy będzie raczej ku przestrodze?

No to teraz kilka złotych rad na kryzys w nauce. Najpierw ich udzielę, a potem sama się do nich spróbuję zastosować. Zobaczymy, jak mądrości zadziałają w praktyce.

Wymówkom mówimy nie.

Nie wiem czy zauważyliście, ale we wstępie nie wspomniałam ani słowem o tym, d l a c z e g o nie uczyłam się regularnie. Nie napisałam nic o moim stadzie, huśtawkach, gotowaniu obiadu czy usypianiu nad klawiaturą. Powiem tak: nie uczyłam się z różnych powodów, ale czy wyliczanie i omawianie ich tutaj coś da? Hmm, no może jedynie poprawę waszego samopoczucia, po uświadomieniu sobie, że nie musicie wstawać w nocy pięć razy. Może odrobinę współczucia. Ale co mi po tym? Dlatego – jak w tytule. Olać wymówki. Stało się, to się stało. Teraz czas na działanie a nie czynności filozoficzne (i fizjologiczne).

Mówiąc krótko, jeśli wiecie, że macie kryzys bo nazbierało wam się zaległości bardziej z niechcenia niż faktycznej „niemożności”, dajcie sobie spokój z szukaniem wymówek. Szkoda czasu. Jeśli jednak „przestój” w nauce nie jest pierwszy albo przeciąga się niebezpiecznie długo, chwileczkę się zatrzymajmy…

Trzeźwe spojrzenie wstecz.

Zastanowienie się nad tym, dlaczego (znowu) nauka nam nie poszła tak jak planowaliśmy, jest zgoła czymś innym niż szukaniem wymówek. To trzeźwe spojrzenie na swoją naukę z perspektywy kryzysowej sytuacji. Jak to zrobić? Po prostu, pomyśleć nad kilkoma kwestiami.

1. Co wolisz – na ilość czy na czas?

Jak podzieliliśmy sobie materiał do nauki? Liczbą zagadnień do nauczenia się w określonym czasie czy ilością czasu, jaki chcieliśmy poświęcać regularnie na naukę? Czy do końca nam „leży” uczenie się tych (umownych) dziesięciu słówek codziennie? Owszem, dziesięć to mało, ale zależy jak się ich uczymy. Bo jeśli, jak ja, z wypisywaniem przykładów użycia, szukaniem skojarzeń i robieniem powtórek „z wczoraj” i zaglądaniem do „tydzień temu”, to wcale nie zajmuje to mało czasu. A czas to decydujący czynnik kryzysogenny, że się tak wyrażę. Może trzeba liczbę słówek, „porcji” materiału do zrobienia zamienić na czas, jaki możemy realnie poświęcić na naukę? Czyli, może nie dziesięć słówek dziennie, ale pół godziny?

2. Jak często lubisz?

Tak często jak się da, hihi. Oj, tak, ale niestety, najczęściej się tak nie da. Ja tu widzę dwie sytuacje.

Kiedy mamy przed sobą wizję sprawdzianu czy egzaminu do którego musimy wyrobić się z konkretną ilością słówek albo zrobieniem -dziesięciu przykładów np. z każdego okresu warunkowego. Co wtedy? Wtedy nie ma innej opcji jak usiąść, wziąć do ręki kalendarz, policzyć dni, w które możemy się uczyć (bez wmawiania sobie, że w piątek wieczorem usiądziemy do strony biernej albo pouczymy się na chrzcinach u siostrzeńca) i rozsądnie podzielić sobie materiał do nauki. Ja dzieliłam sobie zawsze po prostu liczbę stron z podręczników/repetytoriów na dni. Widziałam wtedy, ile muszę zrobić np. dziennie żeby nie zostać z ogromem materiału tuż przed egzaminem. I w ten sposób „dowiadywałam się”, jak często w tygodniu muszę do tego zasiąść. Czyli, czy robię mniej a np. co dziennie czy trochę więcej co drugi-trzeci dzień. Zazwyczaj wybierałam opcję codzienną, z tej prostej przyczyny, że nie mogłam sobie pozwolić na luksus uczenia się rzadziej. Nie dałabym rady ogarnąć wtedy materiału.
Ale, co kto lubi. Najważniejsze, aby zestawić ze sobą ilość planowanego materiału i czas jaki chcemy nań poświęcić. Z naciskiem na realne oszacowanie naszych możliwości, czasu i motywacji, a nie snucie marzeń o opanowaniu w praktyce wszystkich czasów w tydzień!

Jeśli uczymy się nie do egzaminu, ale „freestylowo” (czyli bardziej dla własnej przyjemności), mamy mniejszą presję, a zatem nie musimy się katować wielką ilością materiału do nauki. To ma dobre i złe strony (filozoficzna iście prawda, czyż nie?). Możemy uczyć się małymi partiami albo poświęcając na naukę małe odcinki czasu, ale za to musimy się bardziej pilnować. Tu bowiem nie mamy jakże cennej motywacji zewnętrznej (niezdany egzamin), jedynie naszą własną, wewnętrzną Jeśli widzimy, że coś w tym naszym uczeniu się nie poszło, zastanówmy się, czy warto, w imię własnego perfekcjonizmu, uczyć się w ledwo, ledwo wyrwanych chwilach codziennie (jak ja) czy może usiąść do angielskiego na spokojnie dwa-trzy razy w tygodniu? A może jednak codziennie, ale nie dziesięć słówek dziennie ale siedem? Pięć? Kiedy przemnożymy je przez liczbę dni w roku i tak wyjdzie, że możemy się baaardzo dużo nauczyć!

3. Zostaw sobie margines.

No właśnie. Brak marginesu na nagłe wypadki czy słodkie lenistwo to błąd. Myślenie w stylu „muszę” i „nie mogę odpuścić” jest, moim zdaniem, dobre, ale w sporcie. Wiadomo, niektórzy muszą codziennie bo im coś zwiotczeje albo wyjadą z wprawy. U większości (w tym i u mnie) powoduje to tylko stres, nerwicowe uczenie się „bo tak sobie postanowiłam” i poczucie winy w razie jakichkolwiek zaległości. W efekcie – coraz mniejszą przyjemność z nauki. A przecież czasem trzeba dać sobie odpocząć, zrobić niewielkie „wolne”. Oczywiście z naciskiem na „niewielkie”. Jeśli mamy w głowie, że np. raz na dwa tygodnie możemy sobie odpuścić i nie zrujnuje nam to planu działania, bo uwzględniliśmy w tym planie możliwe odstępstwa, nauka stanie się o wiele przyjemniejsza i dzięki temu skuteczniejsza. Uwaga, tu istnieje oczywiste zagrożenie, odpuszczanie zbyt częste. Łatwo przechodzi w nawyk i prowadzi nie do kolejnego kryzysu ale do całkowitego zarzucenia nauki.

4. Coś przeszkadza? Zmień to.

Jest takie powiedzenie, że tylko szaleniec robi coś w ten sam sposób oczekując innych efektów. No właśnie. Jeśli nasz sposób nauki zaprowadził nas w ślepą uliczkę, musimy w nim coś zmienić. A co? Może zamienić zeszyt na komputer (albo przynajmniej raz w tygodniu), więcej rysować, zacząć używać kolorowych zakreślaczy? Albo zacząć mówić na głos? Może poszukać sobie kogoś do wspólnej nauki raz w tygodniu? Albo przestać się uczyć przy biurku i od czasu do czasu usiąść w kuchni? Nasz mózg uwielbia nowości. Przełamanie rutyny w nauce na pewno zadziała na niego stymulująco. Do zmian możemy podejść metodycznie, np. robiąc sobie test z modalności, inteligencji wielorakich czy czego tam jeszcze albo zwyczajnie analizując w jaki sposób do tej pory uczyliśmy się najskuteczniej. Można też zrobić spontan – zaprosić na wieczór koleżankę i poprosić ją o przepytanie ze słówek, odpalić nowy program do nauki angielskiego albo zamienić czarny wkład w długopisie na zielony. I zobaczyć, co z tego wyjdzie. Może się okazać, że nauka nabrała nowego wymiaru i zamiast kilku minut z angielskim spędzimy z nim dwie godziny…

Teraz stop. Jest piątek, nie będę przesadzać. Ciąg dalszy tematu „kryzysowego” w przyszłym tygodniu. Będzie o tym, jak poradzić sobie z zaległościami.

Teraz biegnę wykorzystać 25 stopni na dworze. Zabieram ze sobą kajecik, of kors. I synalka, niech już mu będzie. ;)

2 Responses to “Jak radzić sobie z kryzysem? Part one.”

  • Marcin

    Miałem podobny kłopot – w pewnym momencie przestawało mi się chcieć. Rozwiązałem to dopasowując czas nauki do codziennych czynności – zamiast przeglądu newsów po polsku przerzuciłem się na witryny anglojęzyczne. Nie dość, że odzyskuję w ten sposób nieaktywne słownictwo to jeszcze mam masę materiałów do zajęć z bardziej zaawansowanymi Klientami. Polecam.

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      No właśnie, grunt to dobrze dopasować naukę do codziennych spraw. Ja też codziennie czytam newsy z BBC i też bardzo sobie to chwalę. A poza tym zwyczajnie walczę, żeby sobie nie odpuszczać.

      Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *