Kto ze mną?

Autor: Ania
31.07.2014
swing_lord_vader

Dawno, daaawno temu… W czasach, kiedy liczba moich dzieci wynosiła sztuk jeden, liczba przespanych jednym ciągiem godzin była większa od dwóch, a energia życiowa była pożytkowana na procesy myślowe a nie na tępe pchanie wózka… W tych zamierzchłych czasach uczyłam się angielskiego. Pamiętacie? Najpierw z zeszytem i podręcznikiem, potem z etutorem. Czegoś tam się nauczyłam, nie powiem. Tylko że to było w dawnych czasach a we współczesności się nie uczę.

Przestałam, bo znalazłam sobie parę powodów. Wszystkie były istotne. Bo: musiałam wysprzątać mieszkanie i powycierać każdy kwant kurzu. Bo miałam głowę zajętą pytaniem „czy to już?”. Bo byłam w szpitalu. Bo wróciłam z małym nieznajomym bez instrukcji obsługi. Bo brzuszek boli i trzeba masować. Bo spaaać. Bo… bo są wakacje.

W końcu zrobiłam sobie błyskawiczny rachunek sumienia i stwierdziłam, że: l i p a. Tak to ja się niczego nie nauczę. Miliony ludzi mają dzieci i rodziny, kurz na czarnych półkach i bezsenne noce. Część z nich jęczy i nic nie robi, inna – nie zastanawia się nad tym stanem rzeczy i też nic nie robi. A jeszcze inna – pracuje, uczy się, rozwija, czyta i zachowuje jak sapiens a nie tylko homo.

Biorąc to pod uwagę, jak też mój własny jakże piękny i lekko idealistyczny wpis o samodyscyplinie postanowiłam, że koniec. Koniec wakacji od nauki. Zaczynam od nowa. Będę się uczyć.

A żeby w razie zaniedbania było mi głupio, powtórzę uroczyście i publicznie:

Będę się uczyć regularnie.

Że tak spytam krótko i wprost:

Kto ze mną?

Wakacje czy urlop to, wbrew pozorom, dobry czas na naukę. Jest ciepło, słońce dodaje nam energii, na leżak można zabrać oprócz kryminału zeszyt/komórkę/tablet z porcją słówek. Można posłuchać podcastów. Poczytać in English. Zrelaksowany mózg szybko wchłonie dawkę wiedzy. Jeśli uczymy się z pomocą mnemotechnik, zapewniam, ze wypoczęty umysł stworzy skojarzenia jakich świat nie widział.

Żeby jednak nasza letnia nauka miała sens, trzeba mieć plan. Ja, po moim rachunku sumienia i dźwięcznym uderzeniu się w piersi postanowiłam, że zastanowię się nieco dłużej nad moimi możliwościami i zweryfikuję chęci z prozą życia. Jak wiadomo bowiem, samym chceniem nic się nie zrobi.

Na początek zadałam sobie kilka podstawowych pytań:

Po co się uczę?

Czego konkretnie chcę się nauczyć?

Ile czasu daję sobie na to?

Kiedy będę się uczyć? Jak często?

Z kim?

Po szczerej konwersacji samej ze sobą, wyszło mi, że:

Uczę się… bo mi wstyd, że jestem nauczycielką angielskiego, a tyyyle już (szczególnie słówek) pozapominałam. Bo mam z native speakerami barierę językową. Bo chcę robić coś, żeby nie zgłupieć dbając o mój domowy grajdoł. Bo mam marzenie, żeby osiągnąć zasób słów i płynność native speakera.

Chcę się nauczyć… dużo nowych słówek. I przypomnieć sobie zapomniane stare (np. phrasal verbs). Do tego po trochę odświeżyć gramatykę. Poza tym poćwiczyć mówienie z kimś na wyższym poziomie ode mnie.

Ile czasu? Na słówka i gramatykę z mojej książki daję sobie czas do końca roku. Ale ponieważ to pięć miesięcy, dzielę sobie materiał na tygodnie i dni. Zamierzam się uczyć codziennie oprócz niedziel (dzień święty święcić, hihi). Nie wyznaczam sobie konkretnego czasu jaki spędzę nad angielskim, nie lubię tak. Mam wtedy wrażenie, że muszę przez np. pół godziny odrabiać pańszczyznę. Wolę się uczyć zadaniowo: 10 słówek dziennie, jedno zadanie z gramatyki, podcast (słuchanie 3 razy w tygodniu). Tak na razie założyłam.

Będę się uczyć… kiedy? To najtrudniejsze pytanie. Czas, kiedy nie jestem Matką Polką mam po godzinie 22.00. A wtedy chce mi się spać. Albo obejrzeć dobrego s-fa. Albo poczytać. Alternatywą jest dla mnie plac zabaw (tak, tak!), kiedy jedna sztuka śpi a druga lata jak opętana po sprzętach. Tylko że są dwa małe problemiki: huśtawka i inni rodzice. „Mamo pohuśtaj!” oznacza pół godziny wiadomego zajęcia (tak, moje dziecię nie umie samo się huśtać; tak, może spędzić na huśtawce nawet godzinę). Znajomi rodzice oznaczają czas przegadany na ławce, chyba żebym ukryła się z zeszytem w krzakach. W ciągu dnia na regularną naukę nie mam co się nastawiać. No wychodzi standard: nie mam kiedy.

Guzik! Postanowiłam, że będę się uczyć 10 słówek dziennie. Będę wykorzystywać po kolei możliwe opcje: w dzień, kiedy jedno śpi a drugie się bawi (może kwadransik się uda), jak nie – plac zabaw (jak już pohuśtam), wieczorem (tata kąpie dzieciarnię) a ostatecznie – po 22. Ale to ostatecznie. Jako że zależy mi, żeby nie musieć nic musieć po tej 22, będę miała motywację do nauki w dzień.

Ostatnie pytanie: z kim? Zasadniczo sama. Ale mam solenne postanowienie, że od września (jak wszyscy powrócą z urlopów) załatwiam sobie kogoś na konwersacje raz w tygodniu.

Zaczynam dzisiaj. A Wy? Będę dawała znać jak mi idzie (za tydzień pierwsza relacja), czy mój plan okaże się dobry i ile oraz czego się nauczę. Obiecuję, że nawet jak mi coś nie wyjdzie, uczciwie się przyznam. Trzymajcie kciuki!

I oby huśtawka zardzewiała czy coś…

11 Responses to “Kto ze mną?”

  • Agnieszka

    Trzymam kciuki! Ja jak na razie ograniczam się do czytania katalogów i instrukcji obsługi zegarków – oczywiście wszystko po angielsku :>

    Odpowiedz
  • Rubella

    Witaj Aniu!
    Ja z Tobą! Mam te same przemyślenia i te same wnioski. I rownież czas dopiero gdzieś od 21.00…
    Staram się zawsze coś tam skubnąć z angielskiego codziennie, zaykle wychodzi ale myślę, że jak nadam temu jakieś bardziej formalne ramy, to efekt będzie lepszy.
    Aktualnie przerabiam sobie Worldbuildera i od czasu do czasu czytam „on the road” Kerouaca. Przez caly kolejny tydzien jestem z dala od domu i internetu, więc na tym na razie poprzestanę.
    Będziemy się wzajemnie motywować.
    A jaką to książkę masz nadzieję skończyć przed końcem roku??

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      Hej!
      O widzisz, znasz ten ból kiedy wieczór kończy się zanim się dobrze zacznie… Wordbuilder mój ukochany! Też zamierzam do niego wrócić. A moja książka, to (wstyd się przyznać) Vince – słówka, phrasale, gramatyka. Do końca roku bo zamierzam robić dokładnie, z wypisywaniem całych wyrażeń, a to zajmuje czas. A poza tym męczę nadal słówka z podręcznika z Edgara – tam jest ich sporo.
      Oo, Ty czytasz. Też się muszę wziąć.
      Dobrze, że nie jestem sama.
      Udanego odpoczynku z dala od cywilizacji. Daj potem znać jak Kerouac.

      Odpowiedz
  • Krzysiek

    Mnie zastanawia jedna rzecz: czy uczenie się ot tak z książki sprawia Ci przyjemność? Wg mnie do nauki języków można podejść na dwa sposoby: albo uczymy się z satysfakcją, np. oglądając filmy i zapamiętując po kilka słówek, albo z drugiej strony – ucząc się z programów/książek, co daje lepsze efekty, ale mniejszą przyjemność. Osobiście uczę się angielskiego dla efektów a hiszpańskiego dla zabawy. Co jest dla Ciebie istotne?

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      Tak, uczenie się z książki sprawia mi przyjemność. Tak, tak, wiem, że taki sposób nauki może niejednego zabić… Ja lubię to bo tworzę sobie skojarzenia z nowymi słówkami i mnie to naprawdę bawi, nigdy nie wiem co głupiego wpadnie mi do głowy. Od dziecka lubiłam fantazjować i tak mi już zostało. To mi pasuje. Książka to tylko pretekst, resztę „robię w głowie”, np. wymyślam nowe zdania, wyobrażam sobie sytuacje, w których można użyć nowych słów… Poza tym w mojej nauce obecnie idę na ilość, moim głównym celem jest poszerzenie słownictwa. Filmy oglądam, czytam teksty po angielsku, to też lubię, ale to zajmuje jednak więcej czasu niż nauczenie się kilku nowych wyrazów dziennie.
      Co do podziału satysfakcja/przyjemność vs. „nastawienie na efekt”, hmmm… Ja tego tak nie widzę. Dla Ciebie to przeciwieństwa, dla mnie nie. Satysfakcję można mieć moim zdaniem nawet przy metodzie tłumaczeniowej, wykonując benedyktyńską pracę – znam takich, którym to sprawia przyjemność. A co do nauki dla efektów i dla zabawy, tu jak najbardziej się zgadzam. Nauka dla zabawy to chyba najlepszy wstęp do „poważnej” nauki, u mnie tak się zaczynał angielski.
      I jeszcze o tym, co jest istotne dla mnie. W tej chwili: wybranie sobie dobrej formuły nauki (żeby utrzymać systematyczność) i efekty w liczbach. Mnie to bardzo motywuje, kiedy wiem, że np. poznałam -dziesiąt nowych słów.
      A Ty jak się uczysz angielskiego? Sam, na kursie? A hiszpańskiego? Ciekawi mnie to.

      Odpowiedz
  • Rubella

    Ja też bardzo lubię pracować z podręcznikiem, jest to dla mnie duża przyjemność. Poza tym lubię ład, który narzuca podręcznik, a którego nie umiem sobie sama wypracować. Bardzo dużą radość sprawia mi też ślęczenie nad tekstem, szczegółowa analiza – nie mam nic przeciwko metodzie gramatyczno-tłumaczeniowej – stosowanej na mnie ;)

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      O, no proszę! No właśnie, ład. Samo sedno! Jakże miło wiedzieć, że nie tylko ja rzeźbię po dawnemu. Pozdrawiam! :)

      Odpowiedz
  • Anulka

    Dopiero dziś wpadłam na Twojego bloga…i ten wpis!!!No normalnie o mnie jakbyś pisała…z tą różnica, że ja mam trójkę maluchów:)
    Pracuję w gimnazjum i tak naprawdę odkąd pracuję (ponad 10 lat) niezwykle się uwsteczniłam:(

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      Myślę, że takich „uwstecznionych” jest bardzo wielu, niestety. Ale tak to jest, jak się w kółko odmienia „to be”… A trójka maluchów – podziwiam, że jeszcze masz siłę myśleć o angielskim! Pozdrawiam serdecznie!

      Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *