My love

Autor: Ania
14.02.2014
happy-valentines-day-60_l

Uwaga! Dzisiejszy wpis będzie egzaltowany i patetyczny! Kto kocha rzeczowość i stabilność emocjonalną niech lepiej pójdzie zaparzyć ziołową herbatkę albo wykona telefon do wszystkich tych, których prawdopodobnie mdli o tej porze od walentynkowego szaleństwa.

Uwaga (nr 2)! Będę pisać o miłości. Możecie to złożyć na karb mojego ogłupienia wielością serduszek i czerwienią, która leje się z internetów ze wszystkich stron i najwidoczniej zaćmiewa mój umysł.

Dla pocieszenia dodam, że będę pisać o miłości po przejściach, z lekka nadszarpniętej, czasem miewającej focha albo złe dni. Dziś o mojej miłości do angielskiego.

Jak to z miłością bywa, przyszła nie wiadomo skąd. Już od pierwszych zdań, które ze szkoły „przynosiła” starsza siostra czułam, że angielski to jakaś magia, piękno i tajemnica. Tajemnicą zresztą było dla mnie wówczas samo istnienie języka obcego. Nie mogłam wprost się nadziwić, że ułożone przeze mnie (po dłuższym namyśle, pamiętam!) cudne zdanie „Idę do a doctor” wywołuje uśmiech politowania u mojej siostry. Nie rozumiałam, dlaczego na angielski nie da się przetłumaczyć mojego nazwiska. I o co właściwie chodzi w tej fajnej piosence Europe „Ytse fajnal ciał ciał”?!

Potem były piosenki dla dzieci w kasetowym magnetofonie, Queen i Modern Talking i przeświadczenie, że wszystko co angielskie jest jakieś lepsze, bardziej kolorowe i ekscytujące niż polskie.

Było też kilku nauczycieli i „nauczycieli” od angielskiego w podstawówce, tym jeden (prosto z jueseju), który rozpoczął nasze „prywatne komplety” (oficjalnie w szkole królował rosyjski) od uczonej i jakże podstawowej informacji, że w angielskim istnieją „litery długie i krótkie” (niedoszły fonetyk czyżby?). Inny „pan”, (tym razem prosto z Londynu), stawiał piątki za rysunki i próbował, łamaną polangielszczyzną wyjaśnić nam tajniki „present simple”.

A potem nastała era mojej pani profesor-zmory sennej z liceum i angielskiego, który zaczął mieć sens, kształt i cel. I pierwsza wycieczka do Londynu i świat, którego nie znałam mieszkając na wsi i ucząc się w małej miejscowości.

A potem był ślub! Z angielskim. Pobraliśmy się w październikowy dzień, ja byłam wylękniona i niepewna, czy nie zwieję sprzed ołtarza. Pierwszy wykład, z którego rozumiałam połowę, pierwsze kolokwium z gramatyki opisowej, przed którym zwilżałam cierpliwe strony podręcznika niewinnymi łzami. Zyliony słówek, tysiące zdań. I ciągłe fascynacje, graniczące z uwielbieniem a to akcentu a to wiedzy moich wykładowców (o boszsz, kto dziś darzy uwielbieniem nauczycieli?!).

I tak mi zostało. Jesteśmy sobie w tym związku, codziennie, jak to stare małżeństwo, ciągle i ciągle razem. I kiedy setny raz wbijam do głów „aj em, ju ar” i kiedy dostaję wewnętrznego iryta na dźwięk „bo ja tego nie rozumiem!” chociaż, jak rany, trzy razy to tłumaczyłam!

Za to ciągle mam te fajne motylki w brzuchu, kiedy słyszę cudny brytyjski akcent w filmie albo rozumiem, co mówią w wiadomościach na BBC. Kiedy potrafię wyłapać błąd w tłumaczeniu w serialu albo książce. Albo kiedy wspominam „teksty” moich uczniów z gimnazjum, patrzę na pamiątki, które dostałam od ukochanej grupy dorosłych ze szkoły językowej. Albo przypominam sobie wyznanie miłości „I love you, teacher” od pewnego trzynastoletniego Portugalczyka z obozu językowego w Londynie. I jeszcze grupę Wietnamczyków, których nie rozróżniałam do końca mojego kursu;)

Angielski. Fajny jesteś. Może i masz trochę pokręcone te czasy i czterysta znaczeń „set”, masz przedimki, których do dziś do końca nie ogarniam. Ale masz też w sobie prostotę, melodię, jakiś przyciągający rytm. I tyle jeszcze tajemnic przede mną! Dobrze, nie będziemy się ze sobą nudzić na starość, prawda?

P.S. A poza tym jestem na Twoim utrzymaniu, mój drogi!

Skomentuj

Current ye@r *