Nie chce mi się.

Autor: Ania
12.05.2014
Tired_penguin

Szaro, buro, błe. Poniedziałek. Obiecałam wpis merytoryczny, przykłady zastosowania „żywego obrazu”, zachętę. A sama dziś ledwo się zachęciłam, żeby podnieść się z łóżka. Oj, wiem, Wy macie gorzej, bo pędziliście dziś do pracy, szkoły, na uczelnię. Ale to tylko pozornie gorzej. Trzeba było się zebrać i iść. A nie tkwić w rozmemłaniu.
Mi już zostało mało czasu, w którym mogę sobie pozwolić na rozmemłanie. Jeszcze tylko niecałe dwa miesiące i nowy obywatel tego świata szybko mi przypomni jak się zrywać na równe nogi o wybranych porach dnia i nocy. Póki co jednak, krótki poradnik: co zrobić kiedy się nie chce.
Mam nadzieję, że dodacie Wasze patenty.

Oto moje.
Zdejm(ij) ten dres!
Mądrość mojej teściowej, z której najczęściej korzystam: jak się źle czujesz albo masz lenia zrób makijaż i paznokcie (najlepiej na czerwono – paznokcie, nie twarz). Wersja dla mężczyzn mniej więcej ta sama, ewentualnie z mniejszą ilością kolorów. Dla wszystkich: wzięcie prysznica, umycie włosów, ogolenie się – polecane.

Czytałam gdzieś (zupełnie nie pamiętam gdzie) o jakimś mężczyźnie, który nie mógł dłuższy czas znaleźć pracy po tym, jak odszedł z korpo. Siedział w domu i klikał w laptopa, ale jakoś nie mógł nic wyklikać. Chciał założyć własny biznes, miał pomysł, ale nie mógł tego jakoś przełożyć na konkrety. Pewnego dnia zaczął się ubierać w garnitur i „wychodzić do pracy” w gabinecie, który sobie zaaranżował w jednym z pokoi. Spędzał tam kilka godzin, po czym „wychodził z pracy” i dopiero wtedy zajmował się życiem domowym. Jak się domyślacie, pan zaczął pracować z sensem i wkrótce założył swoją firmę.

Pamiętaj, Twój mózg widzi, jak dziś wyglądasz. Kiedy widzi uporządkowanie i ogarnięcie – spręża się, ogarnia i szykuje do pracy.

Coś nowego z angielskiego.
Piękne hasło, nieprawdaż? Mnie ostatnio zabijała powtarzalność tego jak i czego się uczę (przypomnę, zabrałam się za słówka). Z jednej strony już się trochę „uwarunkowałam” na naukę systematyczną, małymi porcjami, wieczorkiem. Z drugiej, miałam jej powoli po prostu… dość. Rutyna, dyscyplina, wytworzenie w sobie pozytywnych nawyków – tak. Nuda – nie! Nuda zabija szybciej niż fale z kuchenki mikrofalowej. Co wymyśliłam? Dwie rzeczy – wieczór zamieniłam na okolice południa, zeszyt na komputer. Jak mi się znudzi, znowu coś zmienię.
Nawiasem mówiąc, przy okazji szperania w poszukiwaniu dobrej platformy internetowej do nauki angielskiego przetestowałam kilka fajnych programów, stron i aplikacji. Są to rzeczy w większości znane, takie jak fiszki z fiszkoteki, Anki, etutor itp. Bezpłatne i płatne. Do tej pory ich nie używałam, teraz się z nimi zapoznaję.
Recenzje już wkrótce.

Twój przyjaciel timeboxing.
Prosta technika zarządzania zadaniami. Piękna nazwa (och, jakże profesjonalnie brzmi, że stosuję „timeboxing”!), a chodzi o rzecz prostą: wyznaczanie sobie sztywnego czasu na konkretny rodzaj działania. Innymi słowy: uczę się pół godziny dziennie.
Jakie korzyści płyną z przydzielenia sobie konkretnego czasu?
1. Dla perfekcjonistów – sam sobie narzucasz ramy czasowe i pilnujesz, żeby ich nie przekroczyć. Czyli – jak pół godziny to pół godziny, a nie półtorej bo akurat się zakopałeś w ciekawych ćwiczeniach. Jutro nie będziesz za to miał w ogóle czasu na naukę, bo ta godzina, którą sobie dzisiaj dodałeś była przeznaczona na sprzątanie, dokończenie projektu albo odpisanie na kilka maili. Albo wyliczysz sobie: „aha, dzisiaj uczyłem się półtorej godziny a nie pół, OK, mam zrobione na jutro i pojutrze…” Na początku jesteś z siebie dumny jak paw, potem nic nie robisz przez dwa dni, tracisz ciągłość nauki, wkrada się chaosik… A stąd krok do zarzucenia nauki w ogóle.
2. Dla odkładaczy – jeśli masz z tym problem to prawdopodobnie wynika on z tego, że odkładasz naukę, bo sądzisz, że zajmie Ci ona dużo czasu, nie wiesz od czego zacząć albo na czym skończyć. W systemie „wyznaczam sobie czas” zakładasz, że to przykładowe pół godziny po prostu pracujesz intensywnie – bierzesz się za słówka, gramatykę; słuchasz nagrań albo oglądasz filmiki. Podstawowa rzecz: jesteś uczciwy sam wobec siebie, nie przekraczasz wyznaczonego sobie czasu i uczciwie w tym czasie się uczysz.

Podziel na pół.
Od czasu do czasu, w momencie największego kryzysu, kiedy masz prawdziwego niechcieja, pozwól sobie na „naukę na pół gwizdka”. Wiesz, że nie dasz rady nauczyć się 30 słówek, naucz się 15. Albo 5. Nigdy nie zostawiaj siebie z niezrobionym niczym. Od tego poczujesz się tylko gorzej. I łatwo odpuścisz sobie całkiem następnym razem i następnym…

Coś co lubisz.
Rozumiem, że w poniedziałki zasadniczo nie lubisz niczego. Ale. Jeśli już kompletnie masz dość „normalnej nauki”, zrób coś, co lubisz, tyle że po angielsku. Włącz swoją ulubioną piosenkę, odcinek serialu, skecz. Poszperaj w necie bez specjalnego celu, z jednym zastrzeżeniem – googlując hasła po angielsku. Naładuj się pozytywnie, obudź miłość do języka. Tylko tyle i aż tyle.
Moimi niezawodnymi „nakręcaczami” są Monty Pythoni.

I’m sorry to have kept you waiting, but I’m afraid my walk has become rather sillier recently.
/The Ministry of Silly Walks/

 

Lubię też „Who’s line is it anyway?”, tu z napisami, ale oczywiście polecam bez.

 

 

Albo oglądanie różnych „the making of”, np. takiego.

 

 

No i póki skończyłam, zrobił się wieczór. Już prawie wtorek. Będzie dobrze. Howgh!

2 Responses to “Nie chce mi się.”

  • Ania

    Anki jest super, korzystałam z gotowych baz słowek do GRE i SAT – świetne słownictwo, zaawansowane. Ale zrobiłam formata i wszystko przepadło :/
    Moim sposobem na nudę jest:
    1) jak mi się zupełnie nie chce, to mówię sobie – choć 5 minut popracuj i zwykle z tego robi się co najmniej 15 (ale bywa i tak, że tylko te 5 i za nic nie da się więcej)
    2) obczajam dla siebie jakąś miłą nagrodę po wykonaniu zadania – drink, smakołyk, odcinek serialu itp.

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      No właśnie, Anki, takie chwalone a ja dotąd nie mogłam jakoś się zabrać za nie. A nagroda, jak najbardziej! Miałam napisać i gdzieś mi umknęło! Ja też zawsze wymyślam coś przyjemnego, też najczęściej coś dobrego do picia albo jedzenia. No i metoda „tylko 15 minut” – na mnie to działa genialnie. Zawsze się wciągam, zawsze. Dzięki!

      Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *