Potęga urodzaju

Autor: Ania
08.10.2015
nadmiar

Za każdym razem kiedy jadę z Radomia do Lublina, mijam gdzieś przed Puławami billboard z jakże przyjemnym i doniosłym hasłem „Puławy – potęga urodzaju”. Mimo że widziałam napis setki razy, za każdym moja wyobraźnia szybuje w stronę krainy mlekiem i miodem płynącej (Puław, znaczy) i wyświetla mi obrazy złotych łanów, winnic uginających się pod ciężarem pachnących gron (zupełnie nie wiem dlaczego, nikt tam chyba nie ma nawet pół winnicy), spasionego bydła wylegującego się w słońcu na trawie (bo nie daje rady stać z przejedzenia) i ogromnych koszy wypełnionych jabłkami wielkości małych arbuzów. Żyć nie umierać, dlaczego mieszkam w Lublinie, ja się pytam?!

Podobne wrażenie mam niemalże za każdym razem kiedy zabieram się za naukę, o czym wspominałam już niedawno. Przede mną istna „potęga urodzaju”! Niby nie mam dużo podręczników w typowej, papierowej formie, niby nie tak wiele kserówek, ale kiedy zajrzę do pierwszej z brzegu książki (takiej bardziej „proficiency”), ogarnia mnie uczucie podobne do tego jakie mam na widok wiadomego billboardu: to jakaś kraina obfitości a ja tkwię jak kołek jakiś i nie umiem tego wszystkiego!

Z internetem jest jest jeszcze gorzej. Przedwczoraj szperałam sobie w sieci w poszukiwaniu materiałów na zajęcia i nieopatrznie weszłam na jedną z moich ulubionych stron ze „wszystkim” do angielskiego. W sekundę zapomniałam po co tam weszłam bo zobaczyłam bazę anglojęzycznych e-booków, w liczbie ni mniej ni więcej dziewięćset dziewiętnastu oraz „normalnych” książek, których było blisko osiem i pół tysiąca. Puławy to przy tym pikuś, mówię wam.

Do czego dążę?

Pamiętacie, nie tak dawno temu pisałam o tym, że robię kolejne podejście do systematycznej nauki i, że, między innymi, przeraża mnie ogrom rzeczy do przypomnienia. I cóż z tego, że „przerobiłam” wszystko na studiach? Część z tego trochę uleciała (no nie pamiętam wszystkich nazw narzędzi domowych ani stopni wojskowych), części nie miałam wcale (lwia część idiomów) a reszty boję się pro forma bo tak mam od czasu studiów na widok dużej ilości druku.

Sądzę, że niejeden z was boryka się z tym samym. Siada, otwiera podręcznik i już mu wystarczy. Bo za dużo. Bo nie wiadomo od czego zacząć. Bo nie wiadomo z czego się uczyć. Bo i to fajne i tamto. Bo i to nudne i tamto do bani. Bo papier czy monitor? Bo, bo, bo.

Czas spróbować przełamać to zniechęcenie wynikające z „potęgi urodzaju” i postarać się czerpać z dobrobytu a nie go przeklinać. A zatem, garść rad, dla mnie samej i dla was, którzy macie podobny problem z nadmiarem materiałów do nauki.


Drogi uczniu…

 

Zanim zabierzesz się za naukę, zrób sobie np. tydzień-dwa na „rozpoznania terenu”. Połowę czasu poświęć na źródła papierowe, czyli podręczniki, repetytoria, książki czy słowniki. Drugą – na wirtualne. Trzymaj się wyznaczonego czasu i n a p r a w d ę poświęć go na szukanie dobrych materiałów.

Podczas czasu na research zasięgnij opinii znajomych (tych, którzy wyszli poza poziom początkujący, of kors), popytaj ludzi na forach językowych o pomoce warte kupna, poszukaj dobrych blogów, wybierz się do księgarni językowej i porozmawiaj ze sprzedawcami czy konsultantami (mając na uwadze, że ci drudzy będą wychwalali pozycje z rodzimego wydawnictwa).

Cały czas miej w głowie twój główny cel nauki angielskiego i to pod jego kątem dobieraj materiały. Jeśli zaplanowałeś zdawanie egzaminu w pierwszym rzędzie przeglądaj repetytoria, jeśli potrzebujesz języka żeby „się dogadać” celuj w rozmówki, podcasty czy konwersacje np. online.

Teraz punkt, który dedykuję sobie w szczególności: nie rozpraszaj się. Kiedy widzisz przebogate zasoby e-booków, a wiesz, że Twoim priorytetem jest zdanie egzaminu, raczej nie buszuj wśród pozycji książkowych. Skup się na tym, żeby w określonym czasie ostatecznie z n a l e ź ć dobre materiały do nauki a nie milion ich wyszukać.

Nie czekaj na perfekcyjny zestaw. Takiego nie ma. Nie ma idealnego podręcznika, doskonałego repetytorium ani jednego portalu, który „załatwi” ci wszystko. Licz się z tym, że po jakimś czasie być może będziesz musiał coś zmienić i znów sięgnąć do „krainy obfitości”. Nie traktuj tego jako stratę czasu, tylko jak przymierzanie i poprawianie ubrania szytego na miarę. W końcu będzie prawie idealnie. Przynajmniej do czasu, kiedy z niego nie wyrośniesz.

Wybierz solidną bazę. Według mnie takim „must have” jest zestaw: słownik, podręcznik do gramatyki, repetytorium z ćwiczeniami ze słówek, zadaniami do słuchania i czytania. Tu ważna rzecz, która aż ciśnie mi się na ee… klawiaturę. Jeśli jesteś dość początkujący, nie zmuszaj się do korzystania ze źródeł wyłącznie w języku angielskim. I tak nauka sama w sobie będzie dla ciebie wysiłkiem, nie dodawaj do tego trudu „rozszyfrowywania” opisów gramatycznych czy haseł ze słownika jednojęzycznego. Na początku wybieraj materiały uproszczone, dopiero później idź na całość i otaczaj się wyłącznie angielskim.

Do „bazy” dorzuć co najmniej jedną rzecz, która będzie dla ciebie przyjemnością. Kryminał po angielsku? Fiszki do klikania i rywalizowania z innymi uczniami? Gra (tylko bez przekrętów, „Wiedźmin” w wersji angielskiej się nie liczy)? Może kanał z angielskim „w odcinkach” na youtube? A może ulubiony serial? Wybierz coś, co będzie nie tylko wyzwaniem dla twojego intelektu ale i przyjemnością. „English is fun”, pamiętaj.

 

A co, jeśli wielość materiałów do nauki nadal cię przytłacza?

 

Pomyśl (najlepiej ciepło) o nauczycielu. Niezależnie od tego, czy na lekcjach jeden na jednego czy w grupie, nauczyciel weźmie na siebie ciężar wyboru materiałów. Nie wspomnę już o tym, że jeśli chcesz poprawnie mówić po angielsku albo zależy ci na formułowaniu cudnych firmowych maili, raczej trudno będzie ci się nauczyć tego samemu albo z innymi uczniami. Nauczyciel to dobra inwestycja (tak, tak). To on wypunktuje ci błędy, sprawdzi pracę pisemną, porozmawia na sensowny temat, przepyta ze słówek. Nauczyciel fajny jest, no.


 

A z Puławami moja wyobraźnia się rozszalała, zorientowałam się po wyguglaniu hasła z billboardu, już po napisaniu tego artykułu. Precz jabłka, tłuste krowy i złote łany. O zakłady azotowe chodzi. Proza, proszę państwa, proza.

 

Photo credit: zoetnet / Foter / CC BY

 

 

One Response to “Potęga urodzaju”

  • Aleksandra

    Tak sobie przeszukuję blogi anglistów (bo sama jestem nauczycielką angielskiego), a tu nagle ktoś pisze o Puławach. Polecam moje miasto do zwiedzania :-)

    Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *