Stary Indiański Sposób

Autor: Ania
17.10.2013
chief-black-chicken-yankton-dakota-sioux_l

Do egzaminów uczyłam się, rzec można, indiańską metodą, cierpliwie i bez emocji (nie wiem, co na to Indianie z ADHD?). Co to oznaczało w praktyce? Otóż:

- policzyłam sobie ile dni mam do egzaminów, policzyłam strony z testami, które mam zrobić, po czym podzieliłam sobie materiał żeby wiedzieć ile stron mam do zrobienia każdego dnia (łącznie z niedzielami, postanowiłam dnia świętego nie święcić)

- jeśli sobie odpuściłam jakiegoś dnia jakąś część materiału, następnego dnia nadrabiałam go, bez żadnej ulgi

- zasadniczo sobie nie odpuszczałam

- rozwiązywałam testy zdanie po zdaniu, sprawdzałam rozwiązania, podkreślałam każdy błąd;

- zdania z błędem oznaczałam + – ~. Ostatni oznaczał „może być”. Plusowe zostawiałam, do pozostałych wracałam później, robiąc je jeszcze raz;

- słówek uczyłam się kojarząc je z polskimi wyrazami, wymyślając do nich głupawe historyjki, czy „rozmieszczając” je w myślach w moim pokoju – nieświadomie korzystałam z mnemotechnik, o których wtedy nie miałam zielonego pojęcia, korzystałam z nich zupełnie intuicyjnie

- dzięki wymyślaniu skojarzeń na zasadzie „im głupsze tym lepsze” nie tylko zapamiętywałam dobrze nowości ale miałam radochę (w kieracie nauki zawsze to coś!)

- nowe konstrukcje zapisywałam sobie na kartce (w zdaniach), zasłaniałam je sobie kartką i przepisywałam z pamięci ołówkiem pod spodem, jeśli było OK – zostawiałam, jeśli nie – wycierałam, po czym wracałam do wytartych zdań następnego dnia (żaden porządny benedyktyn by się tej techniki nie powstydził!)

- w myślach (a czasem nawet szeptem, kiedy nikt mnie nie słyszał) prowadziłam sama ze sobą rozmowy po angielsku, albo próbowałam czy potrafię o czymś opowiedzieć tak, żeby nie zabrakło mi słów lub też – w wersji lux – starając się używać synonimów w miejsce często używanych wyrazów (a nóż powalę na kolana komisję jakimś pięknym słowem wtrąconym jakby od niechcenia…)

- próbowałam w myślach nazywać jak najwięcej rzeczy, które widziałam (parapet? pudełko zapałek? szpilka?)

- zawsze wyznaczałam sobie jakąś nagrodę – film po dniu nauki, ploteczki z koleżanką, w przerwach słuchanie muzyki, czytanie kryminałów, coś dobrego do jedzenia

- nie roztrząsałam moich szans na egzaminach, skupiłam się na zadaniu do wykonania – będzie co ma być, robię swoje.

Byłam, jak widać, lekko stuknięta, ale widocznie w mym szaleństwie była jakaś metoda, bo zdałam i się dostałam! Do dziś pamiętam, jak dzwoniłam „po wyniki” z budki telefonicznej we wsi mojej babci (z budki! za pomocą karty na impulsy!). Jeszcze dziś słyszę, jak pani z dziekanatu szeleści papierami w poszukiwaniu mojego nazwiska (dlaczego nie szukała w komputerze? hmm…) po czym wymawia dwa najpiękniejsze wtedy dla mnie słowa: „Zdała, przyjęta”. Nie wiedziałam wtedy (na szczęście), że do moich szalonych metod uczenia się będę musiała sięgnąć jeszcze nieraz na wymarzonych studiach, które okazały się nieźle „hardkorowe”. Ale o tym, pozwólcie, napiszę innym razem.

Skomentuj

Current ye@r *