Taki duży, taki mały…

Autor: Ania
30.04.2014
Holy_terror

Jak tam z Twoją świętością? A tak zapytam, co mi tam. Ostatnio, przy okazji kanonizacji Jana Pawła II, przyszło mi do głowy, że świętość ma wiele wspólnego z uczeniem się. Dlaczego? Nie, nie dlatego, że „taki duży, taki mały…” może i świętym być i mówić płynnie po angielsku. To słodkie jak w piosence i jak w piosence wnerwiająco nieprawdziwe. A może i prawdziwe, tyle, że po prostu, zwyczajnie i przygnębiająco… niełatwe. Dlaczego? Wcale nie ze względu na to, że trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje czy to do świętości czy językowe. W końcu, to „nie święci garnki lepią”, prawda? W czym więc rzecz? W dużej mierze w jednej z najtrudniejszych w życiu rzeczy, samodyscyplinie.
Sedno samodyscypliny zawiera się właściwie w jednym zdaniu osoby, która mnie zainspirowała do dzisiejszych przemyśleń, Jana Pawła II:

„Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od Was nie wymagali”

Wymagać od siebie… Czy myślisz czasem o tym? Wydaje mi się, że wymaganie od siebie w jakiejkolwiek dziedzinie życia nie jest zbyt „modne”. Pachnie to ascezą, sztywniactwem, moherem i ogólnie, mało się wpisuje w łatwy, „galeryjny” tryb życia. Poza tym wymagać można, owszem, ale od kogoś. Pracodawca może wymagać zaangażowania i dyspozycyjności, uczniowie – fajerwerków na lekcjach i cudownych sposobów, rodzice – mega skuteczności. Ale wymagać od siebie? O, tu już trudniej. A przecież wewnętrzna dyscyplina i mówiąc potocznie, ogólne „ogarnięcie się” to podstawa i skutecznego działania (w tym uczenia się języka) i skutecznego (dobrego/wartościowego/fajnego/świętego/udanego – niepotrzebne skreślić)… życia.
Nie czuję się kompetentna ani nawet nie mam ochoty pouczać kogokolwiek w sprawach tzw. ogólnożyciowych. Nie, nie będę nikogo instruować jak zostać świętym. ;) Pozostaję na poletku językowym. Chciałabym poświęcić parę zdań na temat samodyscypliny ale w kontekście uczenia się.
Do rzeczy zatem. Jak się zdyscyplinować? Jak sprawić, żeby nam się zechciało, tak jak nam się nie chce?

Po pierwsze: zgódź się na samodyscyplinę i poczuj jej potrzebę.

Po prostu, uznaj, że n i k t Ci angielskiego do głowy nie naleje. Ani nauczyciel, ani drogi korepetytor, ani superprogram, ani n i c. Oni Ci mogą co najwyżej pomóc, nakierować Cię, sprawić, że nauka będzie lepsza, szybsza, ciekawsza. Ale na końcu jesteś Ty sam. To Ty musisz podjąć decyzję, jak się będziesz uczył: z sensem, z głową czy na oślep, bez konkretnego pomysłu. Czy dasz sobą bezwolnie kierować? Czy zmobilizujesz się i wyznaczysz sobie plan nauki angielskiego? Najważniejsze, żebyś się wewnętrznie nastawił na uporządkowaną, zdyscyplinowaną, konkretną naukę. Pamiętaj, to nie musi (wręcz nie powinno!) być tożsame ze smutnym obowiązkiem i pożegnaniem się z wszelkimi przyjemnościami. Wystarczy, jeśli podejmiesz decyzję, że wszystko czego się będziesz teraz uczył, będzie przemyślane, że tego właśnie chcesz i do tego będziesz dążył.

Po drugie: licz się z tym co samodyscyplina niesie ze sobą.

Wiedz, że to nie pusta decyzja: „od dzisiaj będę się pilnował”, a codzienny, pospolity i często nudny wysiłek. To jak wyciskanie siódmych potów codziennie na siłowni, wynoszenie śmieci, poranne wychodzenie z psem, czy po prostu odrabianie lekcji.
Poza tym, praca nad sobą i językiem to konieczność „uporządkowania się”, czyli postawienia sobie realnego celu (np. poziom C1 za rok) i zastanowienia się jak do tego celu dotrzeć. Tu pomóc mogą proste pytania: gdzie? / kiedy? / ile? / z kim? Przykład: nie zapisuj się na kurs językowy, bo koleżanka uznała, że może być fajny, ale rozważ, czy taka forma nauki będzie Ci do końca odpowiadała. Czy znajdziesz czas na regularne dojazdy do szkoły, czy będziesz, zwyczajnie, mieć na ten kurs pieniądze? Co po kursie? Czy certyfikat, który chcesz zrobić przyda Ci się do czegoś? Czy znasz inne metody uczenia się oprócz tej ze znanej Tobie szkoły? To niby banalne, ale uwierz mi, wielu moich uczniów (dorosłych!) nie miało pomysłu na to, jak właściwie ma wyglądać ich nauka. Nie popełniaj tego błędu, tylko usiądź i się zastanów. Popytaj znajomych, nauczycieli. Zaplanuj to. Bądź ogarnięty. ;)
Kiedy już to zrobisz, weź pod uwagę, że samodyscyplina polega na tym, że swoje działanie musisz uniezależnić od czynników zewnętrznych i wewnętrznych. Warunkiem skutecznej nauki (ogólnie każdego działania) jest robienie czegoś nawet wtedy kiedy wokół Ciebie dzieją się rzeczy mało sprzyjające: masz nawał innej nauki, pracy czy obowiązków domowych. Wyjeżdżasz na długi weekend, albo z niego wracasz. Jesteś po sobotniej imprezie, albo przed środową rozmową o pracę. W korku, kolejce, przeziębiony, śpiący, „jakiś taki nieswój”. Mogłabym wyliczać i wyliczać. W każdej z tych sytuacji jakże prosto sobie powiedzieć: „Dzisiaj odpuszczam, no nie dam rady. No, ale od jutra…” Guzik prawda. Jutro się zakochasz i nie będzie Ci w głowie nauka. Albo rozchoruje Ci się pies. Musisz wiedzieć, że nie wolno Ci mieć ż a d n y c h wymówek. Tu trzeba być twardym, bo tylko prawdziwy twardziel uczy się chociaż ma już dość. Uczy się pięciu, dziesięciu słówek, a najlepiej tylu, ile sobie zaplanował dziennie czy tygodniowo. Uczy się sam godzinę co drugi dzień, nawet jeśli czuje, że stanął w miejscu i wydaje mu się, że nie robi większych postępów. Uczy się, bo tak sobie zaplanował.
Musisz zaakceptować, że nauka to jak ćwiczenia z Chodakowską albo dieta z Gacą. To małe, wkurzające, codzienne kroczki. To poświęcanie piętnastu minut dziennie na „trening” w świadomości, że to one składają się na ponad półtorej godziny w tygodniu. Albo uczenie się każdego dnia, regularnie, bez odpuszczania sobie nawet jednego dnia.

Weekendy (soboty i niedziele) nie mogą być pretekstem do nieuczenia się obcego jezyka. Zasada jest następująca: ucz się języka obcego PRZEZ SIEDEM DNI W TYGODNIU.

Zygmunt Broniarek, dziennikarz i publicysta, poliglota.

Pocieszę Cię, że kiedy wpadniesz w rytm takiej codziennej (albo co drugi dzień – też może być skutecznie) nauki, uwierający obowiązek po pewnym czasie stanie się twoim nawykiem i przestaniesz wręcz zauważać, że „musisz”. Ma to ścisły związek z kolejną rzeczą związaną z samodyscypliną, a mianowicie byciem konsekwentnym do bólu i wyrabianiem sobie pozytywnych nawyków.

Po trzecie: bądź konsekwentny i nie odpuszczaj.

Tak jak ćwiczenia fizyczne pozwalają Ci wyrobić mięśnie, tak Twój mózg dostosowuje się do tego, do czego go przyzwyczaisz. Ta „umiejętność” mózgu nazywa się neuroplastycznością i polega na tym, że neurony układają się i pracują w mózgu w określony sposób pod wpływem Twoich działań. Krótko mówiąc: jeśli Ty jesteś zdyscyplinowany i wewnętrznie uporządkowany, Twój mózg też jest „poukładany”. Przyzwyczaja się do pracy w zdyscyplinowany sposób i zaczyna ją „lubić”. Pamiętaj, jesteś nie tylko tym co jesz, ale przede wszystkim, jesteś tym, o czym myślisz. Ja doświadczyłam tego na własnej skórze (a raczej, głowie): kiedy zaczęłam się uczyć słówek po długiej przerwie i robiłam to naprawdę solidnie każdego dnia, po około trzech tygodniach zaczęło mi to sprawiać ogromną przyjemność. Kiedy przychodziła moja pora na naukę, traktowałam to nie jako przykry obowiązek, ale fajne zajęcie.

Po czwarte: proszę, nie poddawaj się.

Wiem, wiem, łatwo powiedzieć. Kryzysy są nieuniknione (ja nie znam nikogo, kto by ich nie miał). Jak możesz się z nimi rozprawić? To co możesz zrobić w pierwszym rzędzie, to zdroworozsądkowe i przyziemne liczenie się z trudnościami. Wiedz, że one nastąpią. Na bank. Mogą mieć postać łagodnego „trochę mi się nie chce” albo gwałtownego „mam już dość”. Co wtedy? To właśnie ten najważniejszy moment, który jest świetnym sprawdzianem Twojej silnej woli. Pomyśl sobie, że samodyscyplina byłaby właściwie pestką, gdyby nie kryzysy. Wyobraź sobie, jaki dzielny będziesz i jak bardzo z siebie zadowolony, kiedy nie dasz się kolejnemu „dołkowi”. Nie daj się pierwszemu, bo wiadomo, każdy następny jest coraz głębszy. Wiadomo, raz odpuścisz i już pójdzie samo. Zaakceptuj trudne momenty i się nie daj!
Jeśli jest Ci naprawdę ciężko, szukaj inspiracji. Poczytaj motywujące cytaty, sięgnij po przykłady słynnych ludzi, poszperaj w książkach albo w sieci. Chwyć się jakiejkolwiek myśli, która Cię napędzi do działania. Na mnie na przykład zawsze działały mobilizujące słowa (nie wiem czyje?), że „dwie trzecie ludzi wycofuje się na krok przed sukcesem”. Poszukaj swoich słów.
Jeśli to nie działa, pogadaj z kimś. Zwyczajnie, poszukaj wsparcia. Mamy, brata, koleżanki, męża. Ważne!Wybierz tych, którzy nie zaproponują Ci wyjścia na piwo zamiast nauki! ;) Sam możesz nie dać rady, ale z kimś może Ci się udać pokonać lenistwo albo przetrwać słabszy dzień.

Tyle, w skrócie. Na pewno powrócę do niektórych podpunktów, ponieważ zasługują one na dłuższą chwilę zastanowienia, jak chociażby ten o stawianiu sobie rozsądnych celów. Wracam po chwilowej przerwie z zapałem i mocnym postanowieniem zdyscyplinowanego pisania regularnie. :)

Na zakończenie, żeby było i trochę świętości i codzienności, krótka anegdotka.

To historia pewnego mężczyzny około pięćdziesiątki. Jest szczęśliwym mężem i ojcem trójki dzieci. Pewnego razu poskarżył się na samego siebie swojemu kierownikowi duchowemu, że ma poważny problem z systematycznym podejmowaniem codziennej, przedłużonej modlitwy. W odpowiedzi usłyszał: „W takim razie wstawaj pół godziny wcześniej i módl się wtedy”. Na to padła odpowiedź: „Ojcze, to niemożliwe. Mam tak wiele zajęć i obowiązków na co dzień, że dorzucenie sobie jeszcze jednego wysiłku mnie przekracza. Jeśli bym tak zrobił, to bym umarł!”. Niczym nie zniechęcony kierownik duchowy odparł: „To w takim razie umrzyj!”. I co się dalej stało? – zapytałem zaciekawiony. Mężczyzna odparł z uśmieszkiem: „No i nie umarłem! Czuję się bardzo dobrze i cieszę się, że narzuciłem sobie wewnętrzną dyscyplinę codziennej modlitwy przy równoczesnym wcześniejszym wstawaniu”.

(Historia pochodzi ze strony http://www.rekolekcje.jezuici.pl)

Ja nienawidzę rano wstawać, pana z anegdotki szczerze podziwiam. Pozostaję w nadziei, że może Cię ta historyjka zainspiruje, albo choć nastawi pozytywnie do dyscypliny wewnętrznej. Niezależnie od Twojej „orientacji duchowej”. Chodzi wszakże o naukę, żeby była dobrze zorganizowana, sensowna i dzięki temu skuteczna.

P.S. Pisanie o samodyscyplinie przed długim weekendem to chyba strzał w kolano, czyż nie? ;)

2 Responses to “Taki duży, taki mały…”

Skomentuj

Current ye@r *