W ćwiczeniach moc!

Autor: Ania
03.09.2014
exercise_book

Przedwczoraj był prawdziwy pierwszy dzień szkoły. Nie jakieś tam powitania na galowo i ględzenie o tym, jak to miło, że się znowu spotykamy po wakacjach (akurat!). Ja zawsze po przekroczeniu progu szkoły i rozpoczęciu lekcji doznawałam silnego uczucia Nigdy-Stąd-Nie-Wychodziłam zwanego inaczej Nie-Było-Żadnych-Wakacji. Rutyna? Ech, nazwijmy to może doświadczeniem. Albo jeszcze lepiej wprawą.

No właśnie, wprawa. Rzecz będzie o niej. W uczeniu się języków można ją połączyć z płynnością a nawet biegłością. Wszakże ten, kto ma wprawę w używaniu języka, posługuje się nim swobodnie, bez stresu, no… płynnie właśnie. A robi tak nie dzięki kilkudziesięciu minutom w tygodniu liźniętego angielskiego (np. na dwóch godzinach lekcyjnych), wkuwanym w pośpiechu przed kartkówką słówkom czy czasom „nauczonym” na potrzeby testu. Uczenie się z doskoku to uczenie się słabe, a wręcz żadne. Dlaczego? A dlatego, że nasz mózg potrzebuje dwóch rzeczy, mianowicie przykładów i powtarzania. Nie na darmo od powtórek „z zeszłego roku” zaczyna pracę wielu szanujących się nauczycieli. Nie bez celu podręczniki są skonstruowane tak, że obok nowego materiału powtarzane są starsze zagadnienia.

Żadna to nowość, że powtarzanie jest kluczem do sukcesu w nauce czegokolwiek, w tym języka angielskiego. Wszakże już starożytni mawiali „repetitio est mater studiorum” (powtarzanie jest matką wiedzy). Współcześni za to wymyślili np. SuperMemo, którego skuteczność opiera się w znacznej mierze na odpowiednim algorytmie powtórek materiału. Wykonywanie czegokolwiek od nowa i od nowa sprawia, że nabywamy wprawy i wychodzi nam to po prostu coraz lepiej. Tak jest i z językiem obcym. „Robienie ćwiczeń” prowadzi do wprawy w posługiwaniu się językiem. No dobrze, ale właściwie, dlaczego? Dlaczego właściwie musimy ćwiczyć i „robić przykłady”? Odpowiedź na to znalazłam w książce Manfreda Spitzera „Jak uczy się mózg?” (którą nota bene serdecznie polecam).

Pamiętacie, pisałam kiedyś o dwóch rodzajach wiedzy, jaką nabywamy w życiu? Jedna to wiedza jawna, która sprawia, że wiemy jak coś przebiega, druga – wiedza utajona, czyli ta, która sprawia, że coś umiemy robić. Czyli: kiedy uczymy się jak skonstruować zdanie w czasie past simple, poszerzamy naszą wiedzę jawną, kiedy zaś opowiadamy z użyciem czasu past simple o tym, co porabialiśmy w wakacje, budujemy naszą wiedzę utajoną, albo jak kto woli – umiejętności. Bardzo ciekawe doświadczenia m. in. na siedmiomiesięcznych niemowlętach (tak, tak! – szczegółowy opis jest w książce, ale długi, więc nie przytaczam) wykazały, że ludzki mózg uczy się nie z przedstawionych mu zasad (czyli np. z notatki na temat czasu przeszłego) ale z przykładów, najlepiej w jak największej ich liczbie. Dzieje się tak z powodu „charakteru” naszych synaps, których siła połączeń w trakcie przyswajania konkretnej wiedzy zwiększa się bardzo delikatnie za każdym powtórzeniem. Mówiąc prosto, nasze synapsy uczą się powoli. To z tego właśnie powodu człowiek potrzebuje lat, jeśli chce zostać sprawnym muzykiem (naprawdę dobry muzyk do swojej dwudziestki spędza przynajmniej 10 000 godzin ze swoim instrumentem!), albo jeśli chce opanować język naprawdę biegle. To czysta biologia, inaczej po prostu się nie da.

Ze względu na taką a nie inną konstrukcję mózgu, uczenie się pojedynczych szczegółowych „jednostek wiedzy”, np. zasady stosowania czasu przeszłego, jest mało skuteczne. Może i nie zaszkodzi (powiększy się wszakże dzięki temu nasza wiedza jawna) ale i raczej dużo nie pomoże. Mózg i tak będzie żądał przykładów i to najlepiej często powtarzanych (oczywiście nie jednakowych) i dopiero wtedy wywiedzie sobie z nich „sam” ogólne prawidłowości. Co ciekawe, sieć neuronowa w naszym mózgu podczas treningu z użyciem przykładów najpierw nauczy się wyjątków, dopiero później zasad. Do tego, będzie początkowo robić błędy wynikające z hiperregularyzacji (stosowania tej samej zasady do wszystkiego, np. dodawania końcówki -ed do wszystkich czasowników jak leci). Na końcu dopiero nasze neurony „poznają” zarówno zasadę jak i wyjątki i „będą potrafiły” tej wiedzy prawidłowo używać. A to dopiero doprowadzi do tego, że nauczymy się mówić (czytać, pisać…) niejako odruchowo, bez świadomego odwoływania się np. do reguł gramatycznych.

Płynność, biegłość, wprawa… ech, niejeden z was powie. O czym mowa, jak jest się na wiecznym poziomie średnio zaawansowanym… A ja powiem: żeby wyjść z tego zastoju, oprócz kilku innych rzeczy (np. dobrego nauczyciela, motywacji) trzeba mieć w i z j ę sposobu uczenia się języka. Tworząc ją sobie warto wiedzieć, że „formułki” (jak nazywają to moi uczniowie) niewiele dadzą, jeśli nie będą podparte przykładami. Warto wiedzieć, jak się uczyć, aby było to dosłownie „z głową”, czyli w zgodzie z konstrukcją naszego mózgu. Początek roku szkolnego (jeśli nawet części z was on nie dotyczy), niech będzie okazją, żeby zaplanować sobie naukę na kilka następnych miesięcy. Bo wiecie, najtrudniej jest zaczynać.

Ale wy już przecież zaczęliście. Teraz będzie już tylko łatwiej. No chyba… tak mówią… No nic, trzymam za was kciuki. Niech moc będzie z wami! Ha!

Skomentuj

Current ye@r *