W poszukiwaniu przyjemności

Autor: Ania
22.04.2015
Cup_of_tea

Ostatnio radziłam wam, żebyście zrobili sobie cztery kroki na dobry „nowy początek” nauki. Żebyście doszli do „punktu zero”, innymi słowy, stanu, w którym rozliczymy się z tym, co nie wyszło i zaczniemy od nowa. Jak w związku, na którym nam zależy. To potrzebny etap, bo sprawia, że głowie stworzymy sobie miejsce na nowy początek. Ba! To etap wręcz niezbędny zważywszy na to ilu z was (nas) zaczyna naukę po raz enty i wyznaje wiarę w „nie nauczę się angielskiego bo nie mam talentu do języków, a w ogóle to uczyłem się dziesięć lat i nadal nic nie umiem”. Od tego etapu przejdźmy do następnego.

Jakby się tak dobrze zastanowić, człowiek przez całe życie dąży jednego, a mianowicie do przyjemności. Nawet najwięksi asceci musieli odczuwać zadowolenie, kiedy zjedli sobie korzonek albo zdjęli na chwilę wór pokutny żeby się na ten przykład wykąpać.
Mnie daleko do ascezy, tak zostałam skonstruowana, niestety. Żeby funkcjonować nie plując jadem ani nie mając ochoty skoczyć z mojego piętra muszę mieć ciepło i być wyspana. Do tego potrzebuję mieć dobre jedzenie, wciągającą książkę i święty spokój. Spełnienie tych wszystkich warunków jest generalnie mało możliwe, bo zwykle moje życie utyka na punkcie pierwszym. „Wyspać się” to w moim słowniku bynajmniej nie „pójść spać na osiem godzin jak biały człowiek” tylko „pójść spać na dwanaście godzin, po przebudzeniu leżeć w półśnie kolejne dwie”. Dopiero wtedy mogę zacząć próbować odczuwać jako taką przyjemność tak zwanej egzystencji.
Jak z życiem, tak z nauką. Choćbyśmy próbowali temu zaprzeczać, podczas uczenia się dążymy do tego, żeby przede wszystkim było nam dobrze. Z tego to właśnie powodu zwykle po prostu się n i e uczymy. Wiadomo: nauka równa się wysiłek, a wysiłek leży na przeciwległym biegunie do tego, na którym jest przyjemność. (Są osobnicy, którzy twierdzą, że wysilenie się fizyczne na takiej dajmy na to siłowni sprawia im przyjemność. Najprawdopodobniej są to jednostki obce, najpewniej zrzucone na ziemię z wimanów przed tysiącami lat. Wszyscy wiedzą, że przyjemność zaczyna się wtedy, kiedymożna przestać się wysilać, no nie?)

Kiedy musimy podjąć wysiłek nauki, chociażby naszego angielskiego, istnieje niebezpieczeństwo, że przyjemność może zacząć odpływać w siną dal. Dodatkowo, na drodze może nam stanąć zołzowata anglistka, szef, który domaga się od nas rozmów biznesowych w obcym języku czy rubryka w cv „znajomość angielskiego”. I lipa, bo wtedy angielski zaczyna się kojarzyć z czymś nieprzyjemnym, by nie rzec wręcz (pamiętacie z poprzedniego wpisu?), parszywym.

Co zatem zrobić?

Ano, kontratakować. Czyli przeciwstawić nieprzyjemnym skojarzeniom przyjemne.

Nie lubisz? Postaraj się polubić. Nie kojarzy ci się dobrze? Stwórz nowe, pozytywne myśli na temat angielskiego. Zmień to, co niefajne w coś, co fajne. Jak? Oszukując trochę twój własny, wspaniały mózg. Dając mu bodźce, które odczyta jako przyjemne i miłe, a zatem pożądane. Najlepiej, żeby były one „wielozmysłowe”. Jeszcze lepiej, jeśli będą ci się kojarzyć z Wielką Brytanią czy językiem angielskim.

Słuch

Podczas nauki włącz swoją ulubioną muzykę. Odpuść sobie w tym momencie informację, że najlepszy dla pracy mózgu podczas uczenia się jest koncert …. Jesteś fanem hip hopu? Włącz hip hop. Niech w tle leci to, co cię pozytywnie nastraja i daje energię do działania. Niech będzie twoim muzycznym wyobrażeniem brytyjskiej duszy. Jak dla mnie na przykład jest to:

 

Wzrok i dotyk

Kup sobie ładną książkę. Dorzuć zeszyt w dizajnerskiej okładce, długopisy co to ładnie piszą. W laptopie ustaw super tapetę. Posprzątaj na biurku i postaw sobie żonkile. A jeszcze lepiej, odejź od biurka! Znajdź nowe miejsce do nauki, w którym jeszcze się nie uczyłeś. Godzina w wannie z angielskim? A może w przytulnej kafejce? W ogrodzie botanicznym? Czemu nie?

bath

Zapach

Wiecie, czym dla mnie pachnie Anglia? Lawendą. Wiem, wiem, co za kit, to jakby stwierdzić, że Polska pachnie rozgrzanym łanem zboża, hihi. No, ale w wyobraźni dla mnie lawenda jest British i już. Ty też znajdź sobie swój zapach, który będzie ci się przyjemnie kojarzył (w końcu istnieje aromaterapia, dobroczynny wpływ zapachów na nasz organizm to nie mój wymysł). Używaj ulubionego zapachu podczas nauki – zapal świeczkę, kadzidełko czy tam masz co ładnie pachnie. Będzie ci miło, mówię ci.

lavender-field-desktop-background-521270

Smak

Zaparz sobie dobrą, prawdziwą angielską herbatę. Taką, która będzie smakowała zupełnie inaczej niż ta, która pijasz na co dzień. Niech to będzie twoja herbata „do angielskiego”. Np. earl grey albo lady grey, albo, jak moja, jedna ze smakowych Twiningsów. Zaparz ja sobie w cudnej filiżance albo kubku, a niech tam, z Union Jackiem! Niech smak powala z nóg a kofeina pobudza krążenie.
Alternatywą mógłby być tu, hmmm taki Guinessik albo jakiś porządny ale. Podejrzewam, że dość szybko powstałoby w mózgu skojarzenie angielski=przyjemność. Należy jednak rozważyć koszty odwyku tudzież odzyskiwania reputacji nadszarpniętej wrzucaniem na fejsa po intensywnej, ekhem, nauce, statusów w języku angielskim typu „I didn’t ever be so good at English. Wanna korki?”

1-GTOL0614-20-F09934

Mam nadzieję, że po zapewnieniu sobie uprzyjemniaczy angielski zaczniecie darzyć pozytywnym uczuciem, niech to nawet sobie będzie lubienie na początek. Będzie to kolejny krok naprzód. Zatem: wór pokutny zrzuć! Zacznij szukać przyjemności! A co tam, tak ładnie za oknem, że chce się żyć!

Ciąg dalszy w piątek. O zębach i dywanie, jak obiecałam. Między innymi.

A wy, moi mili, nie obijajcie się tylko napiszcie, co wam sprawia przyjemność. Podczas nauki, of kors. ;)

 

 

2 Responses to “W poszukiwaniu przyjemności”

  • Ania M.

    Ania, od samego czytania zrobiło mi się przyjemnie :) Jestem tego samego zdania! Jesteśmy dorośli, nie musimy się katować, żeby coś zakuć, zdać i zapomnieć. Uczymy się dla siebie, a robienie czegoś dla siebie, to jak owocowa maseczka na twarz. Musi być przyjemna i dawać korzyści :)

    Odpowiedz
    • Ania

      Ania

      Dobrze, wszak taki był mój cel, żeby było przyjemnie. Wydaje mi się, że czasem o tym zapominamy podczas nauki, a przecież tak łatwo się zniechęcić. Lepiej faktycznie „maseczkę owocową” sobie zrobić. :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Current ye@r *