Wesoło smutno

Autor: Ania
11.03.2014
ž

Na chwilę przerwa od sposobów uczenia się. Wiosna za oknem, na oknie (żonkile i jakieś takie inne różowe) i w całym moim nadwyrężonym fizycznie jestestwie. Nie mogę się skupić. Robiłabym coś, szłabym gdzieś, coś organizowała, mam sto pomysłów na lekcje, warsztaty i zajęcia, a muszę siedzieć razem z moim dużym brzuchem w domu, buuu. Przynajmniej mogę ponarzekać, a co mi tam.

A propos. W zeszłym tygodniu widziałam się ze znajomą. Anglistka, uczy w średniej wielkości wiejskiej szkole. Ja, wyposzczona z nowinek nauczycielskich, zachłannie rzuciłam się na niusy z życia szkolnego. I cóż usłyszałam? Ano standard – dyrektorka ble, uczniowie tacy i siacy, roboty dużo, czasu mało. Oby do wakacji.

Zrobiło mi się równocześnie smutno i wesoło (kobietom w ciąży chyba może naraz, nie?). Smutno, bo:

  • kolejny raz się zastanawiam (naiwnie) – kto Smutnym Nauczycielom każe pracować w tym zawodzie? Ja po powrocie z dzieciowej odsiadki zasadniczo nie będę miała godzin, więc dlaczego ktoś siedzi i zajmuje miejsce?! No wiem, wiem – pół dnia pracy, ferie, wakacje, trzynastki, te sprawy… Ale po co tak jęczeć? Ja też wiem jak to jest nie wyrabiać na zakrętach, ale mam po rodzinie i okolicach takich, co na zakrętach nie wyrabiają a pracują po 8 godzin + nadgodziny + 26 dni urlopu. I nie poprzedzają każdego zdania „oj, lepiej nie mówić”
  • fajnie jest pracować, serio, serio (nie odbiło mi od hormonów, przyrzekam). Fajnie robić dużo różnych rzeczy z różnymi klasami, a to kicać z maluchami, a to „spionizować” gimnazjalistów. Papiery da się zrobić wieczorem, odpalić tv i da się przebrnąć. Mi to nie przeszkadzało nigdy, pomijając wypracowania, tu rzucało mną już z reguły po kilku.
  • uświadomiłam sobie, że pracowałam w dobrej szkole (przez porównanie z warunkami znajomej) – koleżanki anglistki nakręcone jak i ja pisały ze mną projekt w wakacje, matematyczki pomagały w sprawach wychowawczych często jakby chodziło o ich własne klasy, dyrekcja – raczej nie przeszkadzająca (dyplomacja musi być, nie?), w klasach laptopy dla nauczycieli, kilka tablic interaktywnych, no w sumie nieźle (u koleżanki nie ma ani jednego komputera w pokoju!!!). I góralu, czy ci nie żal… Ano żal, żal…

A wesoło mi się zrobiło też co nieco bo:

  • koleżanka opisała co musi zrobić, żeby uruchomić rzutnik w klasie. Jeśli jej się uda odpalić komputer z epoki kamienia i zsynchronizować go w rzutnikiem, dzieci mają widok głównie na kable nad ich głowami (przyniesione z domu bo nawet ich nie mogła się doprosić). Tablica interaktywna jest, sztuka jedna, w sali do przyrody. Nikt nie korzysta, bo coś tam się nie ryksztosuje i po kilku próbach panie od przyrody stwierdziły, że „się nie da”. Wisi ku ozdobie. Moja znajoma po szkoleniu i zagłębianiu wieczorem myków do tablicy uczy dalej, analogowo… Mi przynajmniej jak dotąd żadne kable nie wisiały i dyrektorka nie fuczała, że co ja wymyślam. Budujące, heh.
  • nie doświadczam „grajdołu” – rad pedagogicznych, dąsów w pokoju nauczycielskim, intryg, ploteczek, podpytywań, jątrzeń, jęczeń, rozmów z rodzicami z mojej własnej prywatnej komórki, spotkań przedegzaminacyjnych i takich tam. Żyję nudniej acz zdrowiej. Mam czas na czytanie i wyszukiwanie rzeczy do pracy o jakich mi się wcześniej nie śniło albo śniło, ale byłam zbyt przywalona pracą. Zbieram siły;)

 

No właśnie. Kochani, a u Was jaka wiosna? Nakręca Was do działania czy już ledwo ciągniecie? Dajcie znać!

 

 

 

 

Skomentuj

Current ye@r *