Zrób to sam. Odcinek 1 – uprzyjemniacze nauki.

Autor: Ania
31.01.2014
how-to-hack-a-filofax-2

Powiem prosto – jakiś miesiąc temu zrobiłam sobie test na znajomość słownictwa, polecany tutaj. Fajna sprawa, C2 jest, ale cóż z tego, kiedy tak wiele słówek nie znam! Cóż z tego, ze wiem co to znaczy „withdraw”, kiedy nie wiem co to „midriff”! Mało tego, ja tego n i g d y nie wiedziałam. Nie zapomniałam, tylko się nie uczyłam. Jak to może być, żeby tak zaprzepaszczać swój cudny studencki zasób słownictwa?! O nie, czas na zamiany.

Teraz dygresja: jestem leniem. Nie jest to żadna kokieteria, przeczytajcie następne zdanie: jestem leniem, ale z ambicjami. To tylko sprawia, że mam czysty dom, nakarmioną rodzinę, (do niedawna) dwie prace i pomalowane paznokcie. Mam ambicję robienia rzeczy porządnie i w związku z tym z leniem walczę.

Po co to wszystko piszę? Bo podejrzewam, że wielu spośród Was boryka się z dwiema rzeczami: fajnie byłoby lepiej znać ten angielski ale cóż, kiedy tak się nieee chceee. Nie chce się bez względu na to, czy się aktualnie ma egzaminy na uczelni, projekt do ogarnięcia, płaczące małe dziecko (albo dwoje), stos kartkówek do sprawdzenia czy wannę do umycia. Niechcenie jest uniwersalne, czasem tylko, szczególnie gdy powyższe rzeczy się sumują, niechcenie jest „bardziejsze”. Jak je pokonać?

 

Zacznijmy od przygotowania. Oto co działa na mnie.

  • Kup sobie fajną książkę do nauki – nowy gadżet prawdopodobnie dobrze Ci zrobi. Taka książka jest bardzo zachęcająca: ładnie pachnie farbą drukarską, jest czyściutka, tyle w niej ciekawych rzeczy. Poza tym, te „dziesiąt” złotych piechotą nie chodzi, jak już zainwestujesz, raczej szkoda będzie nie zacząć nauki. Ja np. nabyłam „ Angielski w ćwiczeniach dla zaawansowanych” wyd. Edgard i mi się podoba – mam słownictwo podzielone kategoriami, sporo jest słówek które mogę odświeżyć ale i całkiem dużo dla mnie nowych. Z tego co widziałam, z Edgarda jest całe mnóstwo fajnie wyglądających podręczników. Poza tym odkopuję stare dobre podręczniki ze studiów, m. in. Michaela Vince’a czy starego dobrego Wordbuilder’a (G. Wellman).
  • Nie pożyczaj – ja się nigdy nie umiałam uczyć z cudzych podręczników – nie mogłam po nich pisać, kąpać się z nimi ani jeść sałatki z oliwą;) Swoje to swoje. Najwyżej, jeśli droga rzecz – skseruj.
  • Kup parę gadżetów – ja np. uwielbiam post-it-ki, samoprzylepne fiszki, ładne zakreślacze, notesy, zeszyty z kolorowymi przekładkami, małe koszulki na luźne kartki. Długopisy, mimo że dostaję sporo, jestem w stanie dokupować, bo muszą mieć czarny wkład i pisać cienko (mój ulubiony to stary dobry Bic). Ołówek też lubię mieć ładny, najlepiej z wymienianymi grafitami i gumką. Kiedy już mam moje gadżeciki, nauka zaczyna mi się kojarzyć z czymś ładnym, uporządkowanym i przyjemnym.
  • Jeśli uczysz się słówek, znajdź sobie dobry słownik. Dobry oznacza – dobry dla ciebie. Oczywistością jest używanie słownika jędnojęzycznego, ja np. teraz mam Oxfordzki, ale studia całe „przerobiłam” na Cambridge. Nie używałam innych typu „advanced”, choć opinie na ich temat czytałam.
  • Korzystaj z sieci – ja np. sprawdzam zawsze polskie znaczenie słówek i wymowę w internetowych słownikach – oszczędność czasu i mojego zapału. Lubię ling.pl i diki.pl, ale to kwestia gustu pewnie. Jest jeszcze bab.la, getionary – kiedyś korzystałam, teraz często nie mogę czegoś w nich znaleźć (jakie inne są dobre? – dajcie znać). O innych stronach, stricte do nauki angielskiego, nie piszę, bo to temat na co najmniej dwa wpisy (ale na pewno tego nie pominę na blogu).

 

Ciąg dalszy nastąpi – o tym, jak znajduję czas i „popycham się” do nauki, następnym razem. Cobyście teraz nie posnęli;)  

Skomentuj

Current ye@r *